niedziela, 11 sierpnia 2013

"Chiny w kolorze blue"


W ostatnim czasie, miałem możliwość obejrzenia filmu dokumentalnego, pt. „Chiny w kolorze blue”, opowiadającego o fabryce jeansów w mieście Shaxi, w prowinicji Kanton. Po obejrzeniu „Chin…”, naszły mnie bardzo negatywne refleksje. Nie chodzi tutaj jednak o krytykę samej ChRL, ale  spojrzenie na istniejący tam system z punktu widzenia pracy – pracodawcy i pracowników, gdyż tego film dotyczy.

Oglądając tenże dokument, zauważyłem, że fabryki w Chinach, działają zgodnie z zasadami powszechnie występującymi w Europie i USA, w okresie rewolucji przemysłowej na samym początku XIX w. Na myśl przyszły mi – Łódź w „Ziemii obiecanej” autorstwa Władysława Reymonta i jej ekranizacji w reżyserii Andrzeja Wajdy, nakręconej w plenerze,a także opisy Manchesteru oraz miast środkowej Anglii, „ozdobionych” fabrykami, z tej samej epoki. 

Film „Chiny w kolorze blue”, idealnie pokazuje drogę chińskiego rozwoju gospodarczego. Mianowicie, podobnie do Europy Zachodniej z początku XIX, chłopi masowo migrują do miast, położonych na wybrzeżu w poszukiwaniu pracy, odchodząc od trybu życia, związanego i narzuconego przez naturę.
W wielu przypadkach, ludzie ze wsi, przyjeżdżają do metropolii, w celu nie tyle zarobku na własne przeżycie, ile wsparcia swojej rodziny, która przecież z tradycyjnej uprawy roli nie wyżyje. 

Historia Yasmine Lee i jej koleżanek, nie różni się niczym od powyższego opisu. Yasmine jechała do swojego miejsca pracy blisko 2 dni (!), oszczędzając, ile to tylko możliwie na cenie biletu. Dziewczyny (czyli większość zatrudnionych w zakładzie, ze względu na uległość), gdyż niektóre nie mają nawet 18 lat (! – fałszowanie dokumentów nie jest w ChRL niczym nadzwyczajnym), przybywają do Shaxi, gdzie mieście się  fabryka Lifeng Company Limited. Każda, niczym tryb w maszynie zajmuje się czymś innym – Yasmine odcina nitki z gotowych par jeansów. Inne doszywają guziki, np. koleżanka bohaterki materiału Orchid.
Jest to zajęcie bardzo monotonne. Wcale nie śmieszy, jak rola Charliego Chaplina w „Dzisiejszych czasach”, a wręcz przeraża. 

Pracownice muszą pracować od 8 do 19, siedem dni w tygodniu, wiele razy zostając po godzinach, za co nie dostają dodatkowych pieniędzy. Zaś pensje, które dostają same z siebie są niskie – w umowie zapisuje się 1000 yuanów renmibi (mand. pieniądz ludowy), a na rękę dostaje się tylko 300. A do tego pilnują ich brygadziści, naliczający kary za różne rzeczy, o czym będzie mowa później. 

Często też, wynagrodzenie otrzymuje się z dużym opóźnieniem, a pierwszą wypłatę firma zatrzymuje jako depozyt. Z tegoż powodu istnieje przymusowa więź między pracownikiem, a pracodawcą. Gdy ten pierwszy odejdzie, traci pieniądze i potem może nie znaleźć nowej pracy. Choroby czy ciąża również grożą poważnymi konsekwencjami – taką osobę zwalnia się w trybie natychmiastowym, gdyż na jej miejsca czekają kolejni chętni. Akurat w ChRL rąk do pracy nie brakuje, co właściciel fabryki stwierdza, cytując przewodniczącego Deng Xiaopinga (następcę Mao Tsetunga): „Nieważne czy kot jest biały czy czarny. Jak długo łapie myszy, tak długo jest potrzebny”.

Dziewczyny, żyją w hostelu pracowniczym, o niewielkim standardzie, podobnym do istniejących na Śląsku familoków, czy w dawnych osiedli robotniczych w Anglii. Za wszystko muszą jednak dodatkowo płacić – ciepłą wodę, jedzenie, choć po północy stołówka wydaje posiłki za darmo, co nie podoba się szefowi fabryki. Do tego wszystkiego należy dodać wspomniane wcześniej kary i grzywny za różne przewinienia. Za spanie w pracy, za spóźnienie, nawet minutę – stąd każdy chce jak najszybciej podbić kartę, ale fabryka wynajmuje osoby do fałszowania tej procedury – wszystko w dokumentach ma być wedle życzenia szefa, a nie stanu faktycznego. Pensja, okazuje się na sam koniec zupełnie niewspółmierna do rzeczywiście poniesionego wysiłku. 

Prawo pracy, mimo, że zabrania wielu negatywnych praktyk, nikt go nie przestrzega. Kontrole państwowe nic nie wykazują, ponieważ ludzie bojąc się o pracę, nie chcą rozmawiać. Nawet zachodnie koncerny wysyłają swoich pracowników z centrali, w celu zapoznania się z rzeczywistymi warunkami, lecz też nie wykazują nieprawidłowości, z tego samego powodu, co powyżej.
Ludzie po pracy, aczkolwiek najczęściej zmęczeni, jeśli już, nie mają co ze sobą zrobić. Brakuje im możliwości zagospodarowania w zasadzie znikomej ilości czasu wolnego – brak wystarczającej gotówki w kieszeni, uniemożliwia jakąkolwiek rozrywkę.

Pracownicy nie mogą nic zrobić w celu poprawy własnej sytuacji, gdyż istnienie związków zawodowych i strajki są w ChRL surowo zabronione. Choć cenzura nie przepuszcza informacji o masakrze na placu Tiananmen z 1989 r., ludzie nie chcą powtórki – boją się władzy i jej oddanych sług, czyli swoich pracodawców. Tak, więc sama próba stworzenia podstaw do działalności na wzór wczesnej Labour Party i walki o lepsze prawa pracownicze, nie może się udać. Powoduje to uczucie beznadziejności jeszcze bardziej pogłębia marazm pracowników, gdyż nie wierzą w poprawę, ale jednocześnie boją się

o swoje miejsca pracy. Identyfikacja ze swoim zakładem jest mniejsza, a przez co wydajność nie rośnie.
W tym miejscu można przejść do kolejnego wątku, czyli historii właściciela fabryki. Sam przyznał, że pochodził ze wsi, a wybił się dzięki reformom Deng Xiaopinga – niejako „nepman”, nawiązując do historii z ZSRR. Przeszedł wiele szczebli, pełnił nawet funkcję komendanta lokalnej policji. Dzięki temu zyskał znajomości i kapitał (najprawdopodobniej z łapówek lub „zezwoleń” na różne ciemne interesy). Dysponując pieniędzmi założył fabrykę. Choć przezywa swoich podwładnych chłopów „zacofanymi”, przebył podobną drogę jak oni. A patrząc na jego zachowanie i styl życia – niemalże arystokrata, do pracy dojeżdża zachodnim autem, bardzo szybko zapomniał o swoich korzeniach. Nawet krytykuje swoją żonę za ciągłe pielęgnowanie swoich korzeni – widoczna w filmie nieskrywana religijność. 

 Podsumowując, pracodawcy w ChRL mają swoich pracowników za nic – liczy się tylko wyprodukowanie odpowiedniej liczby jeansów, najlepiej w terminie. Chińska kultura wymaga posłuszeństwa, co ma swoje korzenie jeszcze w myślach Konfucjusza. Potem zostało to podtrzymane przez kolejnych rządzących, od cesarzy po Mao. Pracownicy są traktowani jak przedmioty – „mówiące narzędzia”, które można niczym trybiki w maszynie wymienić, gdyż istnieją „części zapasowe”, czyli inni chętni do pracy. Sytuacja podobna do tej z początku XIX w. w Europie - skandaliczne warunki bytowania, brak praw pracowniczych, to jedno. Druga sprawa, to produkcja chińskich towarów na rynki Europy, obydwu Ameryk i Australii. Niestety,  konsumpcjonizm Zachodu i chęć zysku firm z tychże regionów, nakazuje zakładom pracy w ChRL wytwarzać produkty za śmiesznie niskie pieniądze – cena u producencta to $ 4.10 za jedną parę jeansów, a potem zachodni importer sprzedaje ją z przebiciem za $ 200, powodując niekorzystną sytuację pracowników.  I to właśnie napędza tę machinę, na której tracą chińscy pracownicy, wystarczająco już wyzyskiwani przez swoich pracodawców. 

P.S. Wyjątkowo temu filmowi nie zostanie wystawiona oficjalna ocena. Wynika to z problematyki tamże przedstawionej. Nie są to "krzykliwe i efekciarskie tromtradacje". Nieoficjalnie dałbym 8/10. 



(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/54/47/345447/7137908.3.jpg?l=1185190085000)

"Śmierć jak kromka chleba"

Dziś będzie o polskim filmie z 1994 r. Kazimierz Kutz, kiedyś reżyser, teraz senator, nakręcił obraz przedstawiający brutalną rozprawę z górnikami w Kopalni "Wujek". Może zacznę od historii na samym początku.

W Polsce trwał od sierpnia '80 festiwal "Solidarności". Wtedy też zauważało się najwyższy poziom uczestnictwa w społeczeństwie obywatelskim. Do wprowadzenia stanu wojennego wciąż przybywało ludzi zaangażowanych w ruch związkowy. Mimo komunizmu, brutalnych rządów PZPR - po Edwardzie Gierku pierwszym sekretarzem został gen. armii Wojciech Jaruzelski, skupiając w swoich rękach także stanowisko premiera, ministra obrony narodowej oraz przewodniczącego Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego.
Pominę już aspekt zasadności wprowadzenia stanu wojennego, bo nie o to chodzi. Wiadomo, że nie był do końca zasadny. Zaniepokojone kierownictwo PZPR postanowiło umocnić swoją pozycję u władzy.

Dnia 13 grudnia 1981 r. wprowadzono stan wojenny (trwał formalnie do 22.07.1983 r., choć od 31.12.1982 r. był czasowo zawieszony). W nocy z 12 na 13 grudnia rozpoczęto aresztowania. I tu zaczyna się film - milicja, a raczej ZOMO z agentami SB aresztowało Jana Ludwiczaka (Kazimierz Borowiec), przewodniczącego "S" w "Wujku". Broniących go kolegów z kopalni brutalnie pobito. Rozpoczął się strajk .
Trzej górnicy (Janusz Gajos, Jerzy Trela, Mariusz Benoit) przychodzą do proboszcza (Jerzy Radziwiłłowicz), żeby odprawił mszę na kopalni. Do zakładu przybywa też wojskowy komisarz. Ma zarządzić kopalnią z ramienia WRONu, powstrzymując pracowników od strajku, zakazanego w stanie wojennym. Tymczasem rodziny górników przynoszą im jedzenie, co widać w kilku scenach.

Górnicy zajmują zakład, a tylko najmniej odporni z nich odchodzą. Jeden z członków związku zawodowego w imieniu PZPR prosi o spokój, za co zostaje wygoniony. Podobny los czekał agenta SB udającego górnika - tzw. łamistrajk. Do kopalni wkracza wojsko, ale nie interweniuje, gdyż cytując wysłannika WRONu (Jan Peszek) to nie żołnierze zaprowadzą porządek, tylko milicja.

Cały czas narasta napięcie, aż 16 grudnia 1981 r. wojsko wjeżdża czołgami, robiąc miejsce dla ZOMO. Milicjanci używają gazu łzawiącego, leją wodę z polewaczek, a nawet używają helikoptera do robienia zdjęć. Górnicy odpierają te ataki. W pewnym momencie ZOMO używa ostrej amunicji. Ginie 9 górników, a wielu zostaje rannych. Strajk kończy się, a wojskowi wezwani przez komitet strajkowi zmuszeni siłą oglądają skutki swojego działania, jednocześnie nie chcąc podać kto wydał rozkaz użycia broni.

Nie oglądając filmu, jeśli zna się historię, wiadomo jak się potoczy. Ale nie o to w nim chodzi. Kazimierz Kutz, pochodzący ze Śląska chciał oddać cześć pomordowanym górnikom, którzy przeciwstawili się władzy, do tego w stanie wojennym. Widać tam także różne postawy ludzkie - odwagę, ale też jej brak (vide najsłabsi psychicznie, których nie wolno jednak winić za wyjście wcześniej). Dostrzec można również pozycję ugodową, jak związkowiec przysłany przez PZPR. Moim zdaniem należy spojrzeć na "Śmierć jak kromka chleba", jak na artystyczny hołd oddany uczestnikom tamtych wydarzeń, który niczym w romantyzmie walczyli, choć bez szans.

Aktorzy, głównie Janusz Gajos, Jerzy Trela, a także Jerzy Radziwiłłowicz, grają bez zarzutu, choć moim zdaniem nie jest to artyzm. Radziwiłłowicz w roli księdza pojawił się także w "Pokłosiu" - pasują do niego role roztropnych duchownych.

Zdjęcia Wiesława Zdorta ("Brunet wieczorową porą") nie powalają niestety na kolana. Czasem niektóre postacie są niedoświetlone, ale z drugiej strony może był to celowy zabieg - pokazanie mroku tamtych dni.


Muzyka Wojciecha Kilara ma taki przerażający wydźwięk. Czasem jakby piszczała w uszach. Idealna muzyczna ilustracja do tegoż filmu! Mistrz Kilar jak słychać, to prawdziwy artytsta, który stworzy ścieżkę dźwiękową do każdego obrazu. "Śmierć jak kromka chleba", "Bram Stoker's Dracula", "Pan Tadeusz", "Rejs", "Pianista", "The Ninth Gate", "Death and the Maiden", "Zemsta", "The Portrait of a Lady", "Persona non grata", "Przypadek" ... można tak wymieniać, ale powyższe tytuły wspierają moją tezę.

Podsumowując, choć "Śmierć jak kromka chleba" nie jest dziełem wybitnym, to warto ją znać, żeby w pewnym sensie poznać ciemność tamtych dni. I jako artystyczny hołd spełnia swoją rolę.

Moja ocena: 9.0/10

(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/11/99/1199/7422364.3.jpg?l=1325562836000)

sobota, 10 sierpnia 2013

"Wyrok na Franciszka Kłosa"

Z dalekiej podróży przenosimy się do Grodziska Mazowieckiego, gdzie dzieje się akcja powieści Stanisława Rembeka (zm. 1985) oraz ekranizacja tejże książki w wykonaniu samego Andrzeja Wajdy (laureata Oscara (R) za całokształt twórczości). W małym miasteczku pod Warszawą w czasie okupacji działał pewien brutal, tzw. granatowy policjant.

Niemcy w 1939 r., po ostatecznej kapitulacji Wojska Polskiego (5 października '39) zaczęli formować nową administrację na podbitych i przyłączonych do Rzeszy ziemiach. Większa część niemieckiej strefy okupacyjnej objęła Generalne Gubernatorstwo (niem. Generalgouvernment). Niemcy postanowili, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem na pozostawienie służb, czyli straży pożarnej i policji. Pod karą śmierci przedwojenni polscy policjanci zostali zmuszeni do pracy w Blauepolizei, czyli policji granatowej.
Podlegali niemieckiej Ordnungspolizei oraz Kripo Gestapo. Polscy policjanci mieli dbać o porządek w sprawach mniejszego kalibru, niż niemieckie służby, wchodzące w skład RSHA (Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy).

Ludzie nienawidzili takich funkcjonariuszy, gdyż ich obowiązkiem był udział w łapankach, aresztowaniach i zwalczaniu ruchu oporu. Podziemie mordowało chętnie takich ludzi, zabierając im broń i amunicję. Z czasem Komenda Główna Armii Krajowej zabroniła atakowania polskich policjantów - wielu z nich należało do AK. Niestety i tutaj znalazło się wielu brutali, korzystających ze swojej pozycji w celu osiągnięcia korzyści.

Film z 2000 r. w reżyserii A. Wajdy opowiada historię grodziskiego policjanta - Franciszka Kłosa (Mirosław Baka), który "wsławił się" takim podejściem. Widzimy go na wspólnych patrolach z Niemcami, gdzie strzelał do polskich konspiratorów. Niemcom coraz bardziej podobała się jego postawa. Z czasem, zaczął on dostawać listy z pogróżkami od AK, które lekceważył. Jego żona (Grażyna Błęcka-Kolska) i matka (Maja Komorowska) przestrzegały Franciszka przed takim postępowaniem. Podobnie Polskie Podziemie, które próbowało zwerbować Kłosa, poprzez postać kierownika Rządka (Krzysztof Globisz). Kłos, na swoje nieszczęście nie zgodził się. Jego przełożony - komendat Korszun (Zbigniew Suszyński) także nie chciał współpracować z Podziemiem. Kłos wolał pozostać pod protekcją SS w osobie oficera tejże formacji - Aschela (Artur Żmijewski). W czasie akcji odbicia polskich więźniów wsparł niemiecki oddział mordując AKowców oraz małą Wandzię, która ukryła się za stosem desek. W nagrodę otrzymał obywatelstwo niemieckie. Z drugiej strony miał wyrzuty sumienia, jeśli nie był pijany. Stąd jego wizyta w kościele i spowiedź u księdza (Paweł Królikowski). Na niewiele się to zdało, gdyż swoimi dokonaniami przelał czarę goryczy. AK wydała na niego wyrok śmierci ...

Ten film, choć skromny (produkcja telewizyjna) pokazał pewne postawy ludzkie w czasie wojny. Z jednej strony mamy Podziemie - AKowcy, Rządek, chętne do walki, rodzinę Kłosa, również niechętną Niemcom, która martwi się o Franciszka, chętnie wykorzystującego swoją pozycję. A także widzimy postawy bierne - komendant Korszun i większa część miasteczka. Nikt nie jest tutaj idealny. Każdy ma rozterki, podobnie jak w czasie okupacji. Jedni poświęcali życie, nikły procent kolaborował, a trzeci starali się przeżyć, dzięki swojej bierności. Pojawia się też kwestia granatowej policji - z jednej strony obowiązek służby nowym władzom, z drugiej postawy oporu (vide współpraca z AK). Nie jest to łatwe do osądzenia. Każdy powinien się sam zastanowić, co sam by zrobił. Aczkolwiek, jednoznacznie potępia się tutaj postawę Kłosa jako kolaboranta, czemu nie ma się co dziwić.

Od strony aktorskiej jest dobrze. Doskonała kreacja Mirosława Baki jako Kłosa. Oddał swoją grą jego brutalność i nieszczere wyrzuty sumienia (moim zdaniem). W filmie pojawili się Krzysztof Globisz, Maja Komorowska, Joanna Jabłczyńska, Andrzej Chyra, Paweł Królikowski, Artur Żmijewski i Zbigniew Suszyński ze swoim charakterystycznym głosem, który raczej użycza swojego głosu w bajkach, aniżeli osobiście pojawia się na ekranie. Jednak widać też pewne ograniczenia telewizyjnym charakterem tejże produkcji, ale to raczej od strony technicznej.

Kamera, prowadzona przez Bartosza Prokopowicza ("Dług", "Komornik") jakoś zbyt się trzęsie. O jakości pisać nie będę, gdyż przez wiele lat produkcje TV miały gorszy sprzęt do nagrywania. W czasie wielkiej strzelaniny nie nadąża za akcją. Rozumiem te mankamenty.

Muzyka Stanisława Radwana nie zostaje niestety w pamięci, a szkoda.

Scena strzelaniny podczas odbicia więźniów razi! Nagle cały oddział AK, osłonięty za jakimiś przeszkodami oddaje salwy w kierunku stojących samodzielnie na placy boju Aschela i Kłosa, którym nic się nie dzieje. Na dodatek sami trafiają AKowców. Chwilę później pojawia się cały oddział Niemców... Tutaj mistrz Wajda ze współscenarzystą Malanowiczem nie przemyśleli tej sceny.

Podsumowując, mimo zdjęć w plenerze (Grodzisk Mazowiecki "zagrał" Parysów w powiecie garwolińskim), to raczej powinna być pozycja w "Teatrze TV". Gdyby wyciąć scenę strzelaniny, a jedynie o niej wspomnieć, a całość przenieść do studia przy Woronicza efekt byłby dosłownie teatralny. Z drugiej strony rozumiem mistrza Wajdę - chciał realizm na otwartej przestrzeni, co poniosło za sobą mankamenty, jak trzęsąca się kamera. Idealna byłaby wersja kinowa z lepszym wykonaniem. Cóż, treściowo skłania do myślenia, co podkreśla gra aktorska.

Moja ocena końcowa: 8.4/10.

(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/18/19/11819/7350072.3.jpg)

piątek, 9 sierpnia 2013

"Pewnego razu na Dzikim Zachodzie"

Prócz baśni fantasy, obejrzałem także w dniu dzisiejszym film Sergio Leone, zaliczany do tzw. Spaghetti Westernów, uznany kiedyś za najlepszy obraz o Dzikim Zachodzie - "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie" (ang. "Once Upon a Time in the West", wł. "C'era una volta il West").

Sergio Leone nakręcił słynną "trylogię dolara" - "Za garść dolarów", "Za kilka dolarów więcej" i "Garść dynamitu", ale to "Dobry, zły i brzydki" przyniósł mu światową sławę. W tym wszystkim zapomina się o filmie, który chcę opisać, a moim zdaniem, nie wolno go nigdy pominąć, wspominając o twórczości Leone.

Na samym początu filmu widzimy trzech rzezimieszków oczekujących na przybysz na stacji Little Cornell. Gdy przyjeżdża pociąg, jedyną osobą wysiadającą z niego jest "Harmonijka" (Charles Bronson), grający na harmonijce właśnie. Wywiązuje się strzelanina, w której wszyscy padają. Wraz z kamerą, przenosimy się do innej lokacji. Brett McBain (Frank Wolf) ma ranczo w Sweetwater. Mieszka tam z córką i dwoma synami. Akurat widzimy ich oczekujących na przyjazd żony McBaina - Jill (Claudia Cardinale). Na ranczo przybywa banda Franka (Henry Fonda) i morduje całą rodzinę. Okazuje się, że Franka działa z polecenia magnata kolejowego, Mortona (Gabriele Ferzetti). Ziemia McBaina blokowała rozbudowę kolei nad Pacyfik... czy rzeczywiście? Frank i jego ludzie chcą zwalić winę na Cheyenne'a (Jason Robards)- rzezimieszka, ale z pewnymi zasadami (nie morduje dzieci i księży, zwłaszcza katolickich).

Charles Bronson jako "Harmonijka"
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/44/06/4406/280967.1.jpg)

 Charles Bronson jako "Harmonijka" w czasie gry 
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/44/06/4406/428532.1.jpg)

Na miejsce przybywa Jill, a po drodze poznając "Harmonijkę" i "Cheyenne'a". Wie co się stało, ale nie poddaje się i zostaje na ranczu. Obydwaj bohaterowie postanawiają pomóc pięknej przyjezdnej, dodatkowo z nią romansując. Okazuje się z czasem, iż "Harmonijka" ma rachunki do wyrównania z Frankiem. Zaczyna się robić ciekawie...

Jason Robards jako Cheyenne
 (źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/44/06/4406/428535.1.jpg) 

Claudia Cardinale jako Jill
 (źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/44/06/4406/428546.1.jpg) 

Henry Fonda jako Frank
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/44/06/4406/280994.1.jpg)

Brutalność, jak na rok 1968 jest duża. Krew, słownictwo, przemoc - idealny przykład spaghetti westernu,  z zemstą i pewną tajemnicą w tle. Postacie okazują się wielowymiarowe - każdy ma tajemnice i nie może być określony jako dobry czy zły. A więc inaczej niż w przypadku amerykańskich produkcji.

Scenariusz, przygotowany przez mistrza Leone, Dario Argento oraz Bernardo Bertolucciego (19 lat później twórcę legendarnego "Ostatniego cesarza") nie ma braków, ani mankamentów. To bardzo ważne. Wszystko rozwija się w sposób logiczny, a nie chaotyczny.

Zdjęcia Tonino Delli Colli są jak obrazy, zwłaszcza panoramiczne ujęcia Dzikiego Zachodu, o zbliżeniach na twarze przy pojedynkach nie wspominając. Kamera pracuje tak, iż widz ma wrażenie o swojej obecności w wirze wydarzeń. Kto oglądał "Dobry, zły i brzydki", "Dawno temu w Ameryce", "Imię róży", "Gorzkie gody" i "Życie jest piękne" wie o czym piszę, gdyż to wszystko dzieła Delli Colli (zm. 2005).

Najprzyjemniejszy moment do opisu, czyli muzyka samego Ennio Morricone. Wtedy miał on zaledwie 40 lat (ur. 1928), ale z poziomem swoich kompozycji nigdy nie obniżył lotów. W tym przypadku w pamięć zapada motyw "Man with harmonica" (http://www.youtube.com/watch?v=kNAfdgIfaEw) grany przez Charlesa Bronsona. Szczerze przyznam, iż widziałem sporo filmów z muzyką mistrza Morricone, a najbardziej spodobały mi się utwory z "Misji", to warto znać jego dokonania w spaghetti westernach. Poza głównym motywem, jest też taka "żartobliwa melodia" (mam wrażenie, iż Hans Zimmer na niej oparł muzykę ilustrującą poruszanie się Jacka Sparrowa) oraz chóralna kwestia (głos kobiecy, nie tyle śpiew, co nucenie) (wszystkie to motywy są tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=we53TOJyt78). Słuchając ich, ma się wrażenie, iż film "gra w głowie" - tak silnie Morricone wiąże swoje utwory z obrazami. Idealna sytuacja!

Aktorsko, "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie", to również majsterszyk. Dwaj wrogowie - Charles Bronson i Henry Fonda, którego "kamera lubiła", okazują się do siebie podobni - dążą do celu, są brutalni, ale różnią się motywami postępowania.
Claudia Cardinale - pięknie wygląda, ale też zmienia się z wystraszonej wdowy, dawnej prostytutki w pewną siebie i zaradną samotną kobietę.

Podsumowując, oceniam film Sergio Leone na 10/10! Jest to arcydzieło kina, które powinien każdy kinoman znać.

(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/44/06/4406/7282364.3.jpg?l=1346987698000)

"Atlas chmur"

Dzisiejszej nocy udało mi się obejrzeć film Toma Tykwera i rodzeństwa Wachowskich pt. "Atlas chmur" (ang. "The Cloud Atlas"). Mimo przeczytanych rok temu złych recenzji, wyrażę wręcz odmienne zdanie.

Scenariusz niniejszego obrazu oparto na książce pod tym samym tytułem, napisanej przez Davida Mitchella, brytyjskiego pisarza, dawnego wykładowcy University of Kent. Uczelnia ta położona jest w Canterbury, mieście, z którego pochodzi Orlando Bloom, a także działał sam św. Anzelm, dwukrotny prymas Anglii, filozof-scholastyk. I takie o to miejsce, ze słynną białą katedrą, która stanowi miejsce kultu Anzelma, zainspirowało Mitchella. To fakt, region East Anglia (tak, polska Anglia wzięła się bezpośrednio od łacińskiej Anglia) może dodawać pozytywnych pomysłów - mi osobiście wiele dał.

Mamy już genezę książki, teraz zajmę się filmem. Niemiec Tom Tykwer ("Lola rennt" i "Das Parfum - Die Geschichte eines Mörders"), wraz z rodzeństwem Wachowski - Lana (dawniej Larry) i Andy (twórcy "Matrixa" oraz "V jak Vendetta") wyreżyserowali bardzo niedocenione dzieło współczesnego kina.

W "Atlasie chmur" widzimy 6 różnych historii, przeplatających się ze sobą, w logiczny sposób.

Pierwsza dzieje się w 1849 r. podczas rejsu z Wyspy Chatham* do San Francisco. Na statku podróżują umierający radca Adam Ewing (Jim Sturgess), którym "opiekuje się" doktor Henry Goose (Tom Hanks). A Ewing wiezie dla swojego teścia (Hugo Weaving) umowę odnośnie plantacji z pastorem Horroxem (Hugh Grant). Na statku jego przyjacielem okazuje się zbiegły niewolnik (Keith David), a kapitan (Jim Broadbent) godzi się, ażeby zbieg odpracował swój rejs jako marynarz.

Jim Sturgess jako Adam Ewing (pierwszy z prawej)
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/08/01/580801/366118.1.jpg)

Druga historia to rok 1936 i Wielka Brytania - Robert Frobisher (Ben Whishaw), to biseksualista, który ma romans z Sixsmithem (James D'Arcy). Nakryty ucieka do sławnego kompozytora - Vyvyana Ayrsa (ponownie Jim Broadbent), który mieszka z żoną Jocastą (Halle Berry). Do Ayrysów przybywa Tadeusz Kesselring (ponownie Hugo Weaving) z Berlina. I to w tamtym domu Frobisher komponuje swój słynny utwór, czyli "Atlas chmur" właśnie, zaczytując się w dzienniku Ewinga z 1849 r. Dodam, że i tu pojawia się Tom Hanks jako recepcjonista.

Ben Whishaw jako Robert Frobisher
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/08/01/580801/366131_1.1.jpg)

Trzecia historia to USA w 1973 r. i dziennikarka ze "Spyglassa" - Luisa Rey (ponownie Halle Berry). Odkrywa zagrożenie ze strony elektrowni atomowej, kierowanej przez Lloyda Hooksa (Hugh Grant). Luisa spotyka starego już Sixsmitha (James D'Arcy), który ginie za swój raport, podobnie jak Isaac Sachs (Tom Hanks) - pracownik elektrowni. Na Luisę również czeka morderca - Bill Smokes (Hugo Weaving). W tej historii, też słychać "Atlas chmur", gdy Luisa idzie do sklepu, a sprzedawca (Ben Whishaw) odtwarza akurat ten utwór.

Halle Berry jako Luisa Rey
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/08/01/580801/366133.1.jpg) 

Czwarta historia to 2012 r. Na przyjęciu Dermot Hoggins (Tom Hanks) zabija nieprzychylnego sobie krytyka, dzięki czemu jego ksiażka dobrze się sprzeda. A korzyści ma też osiągnąć jego agent - Timothy Cavendish (Jim Broadbent). Jednakże Cavendish wpada w kłopoty - gangsterzy chcą od niego pieniądze. Próbując je zdobyć, przy okazji jedzie do Szkocji, gdzie marzy o spotkaniu dawnej miłości - Ursuli (Susan Sarandon). Niestety, wpada tam do domu starców, którego głównym udziałowcem jest brat Cavendisha (Hugh Grant). Główną postacią w ośrodku jest siostra Noakes (Hugo Weaving). W domu spokojnej starości, Timothy trafia na zapisane wspomnienia Luisy Rey, nadające się na gotowy scenariusz. Zainspirowany znalezionym materiałem, sam myśli o napisaniu historii swojej ucieczki z tegoż miejsca. Ostatecznie, wraz z kilkoma innymi osobami dokonuje tegoż czynu. Siostra Noakes rusza w pogoń, a kiedy wydaje się, że starcy zostaną złapani, ma miejce scena w barze w Szkocji, po meczu rugby Anglia-Szkocja...

Jim Broadbent jako Tim Cavendish (pierwszy z lewej) i Tom Hanks jako Dermot Hoggins
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/08/01/580801/366112.1.jpg)

Hugo Weaving jako siostra Noakes
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/08/01/580801/366149.1.jpg) 

Piąta historia to Nowy Seul w 2144 r.  Sonmi-451 (Bae Doona - w epizodzie z 1849 r. grała żonę Ewinga) - android pracujący w fast-foodzie zostaje uratowany przez Hae-Joo Changa (Jim Sturgess) i wciągnięty w walkę o wolność.  Sonmi, odbijana dwukrotnie, przesłuchiwana najpierw przez członka rady Mephi (Hugo Weaving), a potem przed wyrokiem śmierci przez archiwistę (James D'Arcy) opowiada swoją historię o wolności. Pojawia się tam także Tom Hanks, jako aktor grający Timothy'ego Cavendisha (na podstawie spisanego scenariusza, zainspirowanego opowieścią Luisy Rey).

Bae Doona jako Sonmi 
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/08/01/580801/366114_1.1.jpg)

Szósta historia, przenosi nas na Hawaje. W 106stej zimie po "Zagładzie" (ang. "The Fall") Zachariasz (Tom Hanks) nie ratuje z rąk kanibali Kona, swojego szwagra Adama (Jim Sturgess). Ma wyrzuty sumienia, których personifikacją jest Stary Georgie (Hugo Weaving). Do Doliny, w której Zachariasz mieszka przybywa Meronym (Halle Berry) z rasy inteligentnych istot. Chce dostać się na szczyt, żeby wysłać pytanie odnośnie przyszłości i tego co było. A tylko Zachariasz ją tam zaprowadzi. W wyniku pewnych wydarzeń tak się dzieje, a bogini Sonmi, okazuje się być tą samą postacią, co ...

Tom Hanks jako Zachariasz
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/08/01/580801/333329.1.jpg)

Hugo Weaving jako Stary Georgie
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/08/01/580801/333330.1.jpg)

Tu może zakończę, choć wspomnę jedynie, iż film rozpoczyna się i kończy jako opowieśc leciwego Zachariasza. Mam nadzieję, że wiele nie zdradziłem.

O czym jest całość. Pogmatwane historie, pozaginane związki czasoprzestrzenne. Sam dostrzegłem pewną socjologiczną ideę - historia jako wspólna sprawa tych, którzy odeszli (stworzyli), tych, którzy są (tworzą i poprawiają to, co zastali) oraz, tych, którzy będą (następne pokolenia). Mianowicie związek przyczynowo-skutkowy - z jednego wydarzenia wynika następne - podjęcie takiej, a nie innej decyzji wpłynie na przyszłość. Przyznam szczerze, że to bardzo prawdziwe. Idąc w jedną stronę historia toczy się inaczej, niż gdyby poszło się w drugą - przeciwnie do głośnego filmu "Przypadek" Krzysztofa Kieślowskiego. Jest tu też miejsce dla sztuki - jeden mały utwór, może kogoś zainspirować w przyszłości do stworzenia czegoś wielkiego, stąd na Discovery Channel były programy np. "Jak Gwiezdne wojny zainspirowały inżynierów".

Do tego wpływu przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, warto dodać epicką walkę o wolność. Epizod z 1849 r. - wolny niewolnik, w 1936 r. - wolność dla twórcy, 1973 r. - wolność od zagrożeń, 2012 r. - wolność od zniewolenia w domu starców, 2144 r. - wolność od przypisanego z góry losu, Hawaje - wolność od zagrożeń. Moim zdaniem widać tu wpływ myśli Isaiaha Berlina, który pisał o dwóch wolnościach - pozytywnej (do ...) i negatywnej (od ...). A jednak, to wciąż ta sama wolność.

I wtedy powstaje piękne przesłanie - walka o wolność, którą kształtują dawne dzieje, teraźniejszość oraz przyszłość. To jest moja własna interpretacja, z którą można się nie zgadzać, ale chciałem wyrazić swoje uczucia.

Od strony technicznej, widać tutaj idealną robotę, włożoną w wykonanie "Atlasu chmur". Zdjęcia Franka Griebe ("Lola rennt" i "Das Parfum ... ") i Johna Tolla ("Braveheart", "Ostatni samuraj", "Jaja w tropikach") powalają na kolana przepięknymi ujęciami różnych części świata (Baleary, Majorka, Szkocja, Anglia, USA, Niemcy). Efekty specjalne - powinien być Oscar (R) albo nominacja chociaż. Scenografia - przepiękna! Dosłownie, niemiecka dokładność.

Muzyka tria - Tom Tykwer, Johnny Klimek i Reinhold Heil - rewelacja! Tylko nominacja do Złotego Globu (R), ale tych utworów się nie zapomina! (http://www.youtube.com/watch?v=yi1DrQfVT1I).

Aktorstwo zostawiłem na sam koniec - Tom Hanks, Susan Sarandon, Halle Berry, Hugh Grant, Ben Whishaw, Jim Sturgess, Hugo Weaving i rewelacyjny Jim Broadbent, którego bardzo lubię. Idealnie pasował do swoich ról, gdyż umie zagrać w dramacie ("Iris", "Żelazna dama"), komedii ("Dziennik Bridget Jones", "Hot Fuzz"), fantasy ("Opowieści z Narnii", "Harry Potter"), tu grał naraz niemal każdym gatunku. Tom Hanks - to jest wybitny aktor i nie ma co komentować, choć początki miał mało ciekawe. Hugh Grant - kojarzony z komediami romantycznymi ("Cztery wesela i pogrzeb", "To właśnie miłość"), po pięćdziesiątce (rocznik 1960) prezentuje się jeszcze lepiej, niż mając te 30, 40 lat.

Tutaj przejdę do innej kwestii. Mianowicie, dostrzegłem tutaj styl Toma Tykwera z "Lola rennt" i "Das Parfum ..." - szybkie tempo w bardzo plastycznej otoczce. Na dodatek przygotowane z niemiecką precyzją. Jest tu też widoczna ręka Wachowskich, ale raczej z "V jak Vendetta", niż "Matrixa".

Mimo mojego zachwytu, film zarobił dosyć mało 130 mln USD (za boxofficemojo.com) przy budżecie 100 mln USD. Także w nominacjach, jedynie za muzykę do Złotego Globu (R), a zero wyróżnień Akademii...
To pewnie filozoficzna zawiłość i czas trwania (165 min) nie przyciągnęły zbyt wielu widzów do kin, a szkoda. W przyszłości zapewne zmieni się podejście do "Atlasu chmur", w myśl jedności pokoleń.

Moja ocena: 10/10.

*Wyspa Chatham leży na wschód od Nowej Zelandii, będąc jej częścią od 1842 r.
"Lola rennt"  znany jest w Polsce pt. "Biegnij Lola, biegnij"
"Das Parfum - Die Geschichte eines Mörders" w Polsce znany jest pt. "Pachnidło: historia mordercy"


(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/08/01/580801/7492738.3.jpg?l=1349506311000)

czwartek, 8 sierpnia 2013

"Trzynasty wojownik"

Z Nevady przenosimy się tym razem do Kanady, gdzie John McTiernan nakręcił jeden ze swoich filmów. Śmiało można rzec, że jeden z najgorszych...

Młody arabski poeta - Ahmed ibn Fahldan (Antonio Banderas) za miłość do żony bogatego człowieka, zostaje wygany przez kalifa z Bagdadu. Udaje się w poselstwo do północnych krain, wraz z Melchisedekiem (Omar Sharif). Na stepach dzisiejszej Ukrainy uchodzą z życiem krwiożerczym Tatarom (słynna scena "The Tatars! The Tatars are coming!"). A ratuje ich nagłe pojawienie się Wikingów pod wodzą Buliwyfa (Vladimir Kulich). Pojawienie się przybyszów z Północy okazuje się uzasadnione, gdyż otrzymują sygnał o tajemnicznych bestiach - Wendolach. Zaproszona na raut szamanka przewiduje pokonanie bestii, jeśli do 12 Wikingów dołączy 13sty (liczba miesięcy), który ... Wikingiem nie jest. Wybór pada na Ahmeda. Przymuszony do walki poeta, musi zmienić swoją postawę życiową i nauczyć się zabijać... a wcześniej znieść trudy morskiej wędrówki.
Antonio Banderas jako Ahmed
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/07/75/775/280056.1.jpg)

Tyle o treści, która zapowiada się interesująco. "Trzynasty wojownik" (ang. "13th Warrior") jest ekranizacją powieści Michaela Crichtona (twórcy "Parku Jurajskiego") pt. "Zjadacze umarłych". Z powodu kłótni z McTiernanem, Crichton sam musiał wyreżyserować wszystko do końca, co niestety widać w jakości...
Dosyć ciekawa historia, a wbrew pozorom nie tak niemożliwa (sam kiedyś trafiłem na wspomnienia Araba, który walczył z Wikingami) została zatracona.

Ahmed (Banderas) i Buliwyf (Kulich)
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/07/75/775/280033.1.jpg)

Aktorzy, głównie Antonio Banderas, trochę się gubi... choć sceny, w której słyszy komentarze "Tylko Arab wyrusza na wojnę na psie" albo "Daj Arabowi miecz, a zrobi z niego sztylet" bawią, zwłaszcza po jego niewerbalnych ripostach - "pies" to mały konik, ale zwrotny, a "miecz zmieniony na sztylet" okazuje się szablą. Banderas, mimo wszystko okazuje się zaletą.
Vladimir Kulich, Czech z pochodzenia, pręży muskuły, walczy mężnie, ale jakoś nie przekonuje w roli Buliwyfa (przekształcone Beowulf).
Tony Curran - muzyk, znany z ról komediowych, tu nie śmieszy.
Omar Sharif - po premierze filmu, wycofał się z aktorstwa na kilka lat. Szkoda, że zmarnowano potencjał "Doktora Żywago"...

Omar Sharif jako Melchisidek
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/07/75/775/426874.1.jpg)

Pozostali aktorzy, głównie Duńczycy (np. Dennis Storhoei) i Norwegowie (słynny Sven Ole-Thorsen) są tylko tłem. Diane Venora, była żona naszego rodaka w Hollywood - Andrzeja Bartkowiaka, niby ma romans z Ahmedem, ale też nie wyszło twórcom przedstawienie historii romantycznej ...
Ciekawostką jest Clive Russell, czyli ostatnio Brynden 'Blackfish' Tully z "Gry o tron", będący jednym z 12stu Wikingów. Też nie zapisał się w pamięci.

Od strony technicznej ma się wiele zarzutów. Słabe efekty specjalne (scena początkowa na morzu), czasem widać "dół od dresu" u Banderasa, scenografia wykonana niestarannie ... Zdjęcia Petera Menziesa Jr. nie nadążają momentami za akcją ...  nawet brutalne sceny śmieszą.  Gdzie się podział ten 100-milionowy budżet??

Muzyka Jerry'ego Goldsmitha okazuje się najlepszą składową filmu (http://www.youtube.com/watch?v=JrMDonO3xYQ), a główny motyw na lata zapada w pamięć. Można rzec, jedyny artyzm w kiepskim rzemiośle.

Podsumowując, John McTiernan, twórca "Szklanej pułapki", "Predatora" i "Polowania na Czerwony Paździenik" zmarnował wespół z Michaelem Crichtonem ciekawy pomysł na film. Zamiast dobrego kina przygodowego, wyszła głupia historyjka, mająca ciekawy początek, z doskonałą muzyką.

Mimo wszelkich wad, darzę "Trzynastego wojownika" sympatią, ale nie taką jak Polsat, gdzie stał się on Megahitem, co najmniej raz na pół roku. Sam lubię wracać do niektórych scen, a za kilka miesięcy, obejrzę go ponownie, w 10tą rocznicę pierwszego seansu.

Moja ocena końcowa to 6.3/10.

(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/07/75/775/6900962.3.jpg?l=1362799674000)

środa, 7 sierpnia 2013

"Postrach nocy" (2011)

Na sierpniowy wieczór idealny będzie film, który poniżej omówię.

"Postrach nocy", to remake obrazu pod tym samym tytułem z roku 1985. Wersja z 2011 r., w reżyserii Craiga Gillespie'go jest nowym spojrzeniem na klasykę, do tego w gwiazdorskiej obsadzie.

Charlie Brewster (w tej roli Anton Yelchin - Rosjanin, znany bardziej jako Pavel Chekov z najnowszych filmów "Star Trek") to typowy amerykański nastolatek. Ma dziewczynę - Amy (Imogen Poots), chodzi do liceum, mieszka z mamą (Toni Collette) na przedmieściach Las Vegas. Jego dawny przyjaciel - Ed (Christopher Mintz-Plasse) podejrzewa, że w mieście grasuje wampir. W ten sposób uzasadnia zniknięcia wielu osób. Oczywiście, Charlie traktuje to jako żart i nie ma się czemu dziwić. Z czasem Ed odkrywa kto jest wampirem - sympatyczny sąsiad Charlie'ego - Jerry (Colin Farrell).
Gdy wszystko się komplikuje i Jerry poczyna sobie coraz śmielej, Charlie prosi o pomoc tajemnicznego showmana, łowcę wampirów - Petera Vincenta (David Tennant - 10ty Doktor Who, Bertie Crouch Jr. z "Harry'ego Pottera"). Razem rozpoczynają walkę z wampirami w Las Vegas ...

Colin Farrell jako wampir Jerry
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/91/66/569166/249328.1.jpg)

Horror komediowy - to idealne słowo, żeby określić "Postrach nocy". Mimo przerażających wampirów, hektolitrów krwi, całość ogląda się przyjemnie. Aktorzy - Colin Farrell, Anton Yelchin, a przede wszystkim David Tennant grają tutaj pierwsze skrzypce. Toni Collette wydaje się być troszkę wycofaną. Reszta obsady - bez zarzutu, ale raczej jako neutralne tło dla wymienionej powyżej czwórki. Widać, że ekipa miała dobrą zabawę na planie, co w przypadku mało ambitnego filmu, warto określić na plus.

Od prawej: Jane Brewster (Toni Collette), Amy (Imogen Poots) i Charlie Brewster (Anton Yelchin)
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/91/66/569166/249336.1.jpg)

David Tennat jako Peter Vincent
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/91/66/569166/249342.1.jpg)

Poza aktorami, strona techniczna odgrywa swoją rolę. Wygenerowana cyfrowo krew, pochodzące z komputera wampiry, czy scena pościgu (ewidentny blue box) - doskonała robota. Charakteryzacja również prezentuje się dobrze. Zabawa światłem oraz ujęcia Las Vegas, wraz z pustynią Nevada - to zasługa operatora Javiera Aguirresarobe.

Muzyka Ramina Djawadi'ego (kompozytora rodem z Niemiec, twórcy motywów muzycznych do "Iron Mana", "Sezonu na misia", "Starcia Tytanów", a ostatnio "Gry o tron") dodaje filmowi uroku. W napisach końcowych słychać remix piosenki Jay-Z - "99 problems", który brzmi znacznie lepiej niż oryginał.

Mimo pewnych niedoróbek w scenariuszu i w zasadzie płytkiego charakteru, to przyznam szczerze, że powyższy obraz spodobał mi się, jako typowe, dobrze wykonane kino rozrywkowe. Dodam, idealne na sierpniowy wieczór.

Moja ocena końcowa - 7.7/10.
(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/91/66/569166/7389476.3.jpg?l=1347944703000)