niedziela, 25 sierpnia 2013

"Sylvia"

Dziś wracamy na Wyspy Brytyjskie, a dokładniej do Cambridge w Cambridgeshire. Otóż, zajmę się filmem "Sylvia" (2003) z Gwyneth Paltrow w roli głównej. Obraz wyreżyserowała Christine Jeffs, pochodząca z Nowej Zelandii. Tytułowa Sylvia, to Sylvia Plath, znana amerykańska poetka, tworząca w Wielkiej Brytanii i USA, zaliczająca się w poczet tzw. "poetów konfesyjnych". Gwoli formalności, jej najbardziej znana dzieła, to zbiór poezji "Kolos" (ang. "Colossus") z 1961 r. oraz "Szklany klosz" (ang. "The Bell Jar") z 1963 r., będące w pewnych sensie jej autobiografią. Natomiast, wydane po śmierci autorki "Ariel" i "Poezje zebrane"

Ted (Daniel Craig) i Sylvia (Gwyneth Paltrow) na rzece Cam w Cambridge
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/61/68/106168/273039.1.jpg)

Akcja filmu rozpoczyna się w 1957 r., kiedy Sylvia Plath, stypendystka Fulbrighta, dostaje się na University of Cambridge. Tam też poznaje swojego męża Teda Hughuesa (Daniel Craig), również poety i wykładowcy tamże. Rozpoczyna się romans zakończony małżeństwem, które wyda na świat dwie córki.

Mieszkają razem w Cambridge, a potem wyjeżdżają na krótki moment do rodzinnego miasta Sylvii, czyli Bostonu. Tam, dowiadujemy się o chorobie psychicznej głównej bohaterki. Mianowicie o depresji maniakalno-depresyjnej, a także poznajemy fakt, iż w młodości próbowała popełnić samobójstwo.

Małżeństwo średnio sie układa, gdyż Ted romansuje z jedną studentek, a potem chodzi z Assią Wevill, która zostanie jego kolejną żoną w przyszłości. Sylvię zaś opuszcza, a stan zdrowia pogarsza się. Najpierw szuka pocieszenia u Ala Alvareza (Jared Harris), wspólnego znajomego, wydawcy z zawodu. Okazuje się, że Al też targnął się na własne życie w przeszłości, ale nie ma chęci na romans.

Jedyną przyjazną jej osobą jest sąsiad, czyli profesor Thomas (sir Michael Gambon). Jednakże na płaszczyznie erotycznej, a jedynie psychologicznej - rozmawia z nim, a w noc, kiedy decyduje się umrzeć, odkupuje od niego znaczki pocztowe, gdyż "chciałaby wysłać kilka listów". Chwilę potem odkręca gaz w kuchni ...

Uff, tyle o treści. Szczerze, bardzo się zawiodłem na tymże filmie. Po pierwsze aktorstwo. Gwyneth Paltrow odwaliła chałturę... jej Sylvia jest sztuczna, nie widać tegoż obłędu, ani nie umie wzbudzić współczucia u widzów. Nawet kwestię o samobójstwie opowiada tak sobie. Mam wrażenie, że po "Zakochanym Szekspirze" (1998) następne lata szła siłą rozpędu na opinii. Niestety, tu okazało się, że jest słabą aktorką.

Sylvia Plath (Gwyneth Paltrow)
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/61/68/106168/273057.1.jpg)

Daniel Craig, zanim został Bondem, jakoś nie zaistniał. Pojawiał się w różnych filmach, ale role dramatyczne nie bardzo mu pasowały. "Casino Royale" wszystko zmieniło. Niestety, "Sylvia" powstała wcześniej ... Taka ciekawostka - Craig wróci jako wykładowca, tym razem na Oxfordzie w filmie "Złoty kompas". Trzeba przyznać, że role "akademików" uszlachetniają go.

Ted (Daniel Craig) w Cambridge
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/61/68/106168/273044.1.jpg) 

Jared Harris, ostatnio kojarzony dzięki roli profesora Moriarty'ego w "Sherlock Holmes: Gra cieni" (2011), tu pojawił się za krótko. Jego opowieść o próbie samobójczej przekonuje, zwłaszcza jej puenta.

Sylvia (Paltrow) i Al Alvarez (Jared Harris)
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/61/68/106168/273049.1.jpg

Sir Michael Gambon, znany szerzej jako drugi odtwórca roli profesora Albusa Dumbledore'a w "Harry'm Potterze"*, a mi osobiście pozostanie w pamięci jako Jerzy V w "Jak zostać królem", pojawił się i zniknął. Szkoda.

Od strony technicznej jest trochę lepiej. Zdjęcia Johna Toona prezentują się znakomicie. Te ujęcia Cambridge, czy Nowej Zelandii (gdzie kręcono większość filmu), choć są ładne, to szybko wypadną z pamięci. Jednak doceniam ciężką pracę, gdyż on się postarał.

Gabriel Yared, czyli kompozytor muzyki, moim zdaniem też chałturzył. Jego muzyka do "Angielskiego pacjenta" (1996) Anthony'ego Minghelli, czy "Kochanka" (1992) Jean-Jacquesa Annaud była zdecydowanie lepsza. A za pierwszy z tych obrazów, otrzymał Oscara (R). Szkoda potencjału Yareda...

Podsumowując już, Christine Jeffs nie poszła śladami Jane Campion i sir Petera Jacksona, przez co jej film nie zostanie zapamiętany. Zamiast ciekawego obrazu psychologicznego, mamy próbę uczłowieczenia sławnej osoby... Przecież to oczywiste, że artyści, nawet światowej klasy są normalnymi ludźmi, którzy też cierpią, chorują i umierają. Nieszczęśliwa miłość, też się im przytrafia. Całość można było lepiej zekranizować.
Co zrobiono 10 lat temu, nie da się już odkręcić. Dziwi mnie wciaż jedna rzecz - czy nie taniej było całość nakręcić w Cambridge, zamiast jechać do Nowej Zelandii?

Moja ocena: 6/10.

(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/61/68/106168/6916511.3.jpg?l=1354592908000)

*Pierwszym aktorem wcielającym się w rolę Albusa Dumbledore'a był Richard Harris (zm. 2002), ojciec Jareda Harrisa. Taki zbieg okoliczności.

piątek, 23 sierpnia 2013

"Dawno temu w Ameryce"

Z Londynu, przenosimy się do Nowego Jorku, na przestrzeni niemal 50 lat... dosłownie 10 min po zakończeniu długiego seansu (3 h 49 min) filmu "Dawno temu w Ameryce" (ang. "Once Upon a Time in America") chciałbym podzielić się ze swoimi Czytelnikami moimi wrażeniami po obejrzeniu tegoż dzieła.

Sergio Leone, znany ze "spaghetti westernów", jak "Dobry, zły i brzydki", czy "Za garść dolarów", nakręcił opowieść o życiu żydowskiego gangstera z Nowego Jorku. A więc inaczej, niż zazwyczaj, czyli nie dotyczyło to Włochów, Irlandczyków, czy też stricte Amerykanów.

Młody David "Noodles" Aaronson (w dorosłym stadium życia Robert De Niro) pochodzi z biednej żydowskiej rodziny. Razem z czworgiem kolegów:  Maximilianem 'Maxem' Bercoviczem (James Woods),  – Patrickiem 'Patsy' Goldbergiem (James Hayden),  Philipem 'Cockeye' Steinem (William Forsythe) oraz Dominikiem, prowadzą na małą skalę działalność przestępczą. Lokalny bandyta - Bugsy wchodzi im czasem w drogę. Po udanej sprzedaży ciekawego wynalazku mafii, zarabiają wielkie pieniądze, zdeponowane w szafce na dworcu, do której klucz ma ich znajomy - gruby Moe Gelly (Larry Rapp).Warto dodać, iż David zakochuje się bez wzajemności w siostrze Moe'a, czyli Deborah (młoda- Jennifer Connelly; dorosła: Elizabeth McGovern). Po ulokowaniu funduszy w szafce, spotykają Bugsy'ego, który zabija Dominica. Wściekły David, mimo pistoletu w rękach Bugsy'ego, śmiertelnie rani go nożem, a ostrze wbija też w interweniującego policjanta. Trafia do więzienia na wiele kilkanaście lat.

David w sile wieku
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/10/38/1038/415073_1.1.jpg)

Nagle z okolic 1920 r., trafiamy w lata 30-te i okres prohibicji. David wychodzi z więzienia, a koledzy wzbogacili się na przemycie alkoholu. Dołącza więc do nich, co wydaje się oczywiste. W czasie swojej działalności spotykają  Frankie Minaldiego (Joe Pesci), który dzięki swojemu znajomemu Joe (Burt Young) zleca im kradzież diamentów z Detroit, a także zabójstwo "kolegi". Gang głównych bohaterów angażuje się we wsparcie związku zawodowego, kierowanego przez Jamesa Conwaya O'Donnella (Treat Williams), mając dodatkowe korzyści.
Wraz z końcem prohibicji w 1933 r., Max wpada na pomysł kradzieży złota z Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku. David przeciwny temu szalonemu przedsięwzięciu, daje cynk policji. Okazuje się, że stróże prawa współpracują z mafią, więc prócz Davida wszyscy giną, a jego samego szukają różne zbiry. Przestraszony, ucieka do Buffalo. Co ciekawe, w postać biletera na dworcu wcielił się sam Sergio Leone.

Filmowi Patsy (z lewej), David (w środku) i Max (z prawej)
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/10/38/1038/149493.1.jpg)

Rok 1968, David wraca do Nowego Jorku, zaproszony przez stanowego sekretarza handlu, pana Bailey'a na bankiet. Z wiadomości widzowie dowiadują się, iż Bailey ma poważne kłopoty, a i okazuje się być kimś znanym Davidowi, wtedy leciwemu już człowiekowi ... Także druga wieść powoduje powrót Davida, a mianowicie pismo z synagogi o przeniesieniu zwłok przyjaciół w inne miejsce. Takie "upewnienie się", że nasz bohater się pojawi.
Leciwy już David
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/10/38/1038/149497.1.jpg) 

Tak mniej więcej prezentuje się treść filmu. Można się pogubić, ponieważ nie została ona opowiedziana w sposób chronologiczny. Co jakiś czas, przeskakuje się z roku 1920 do 1968, albo do 1933 i tak wiele razy. Z drugiej strony, niemal 4 godziny oglądania. To może zniechęcić. Podobno rodzina Leone, wg wielu ciekawostek ma wersję 10-godzinną tegoż filmu ...

Aktorsko jest znakomicie. Robert De Niro (dwa Oscary (R) - za "Ojca chrzestnego II" oraz "Wściekłego byka") pasuje do roli gangsterów. Pomijając ten fakt, De Niro pokazuje, dlaczego jest uznawany za jednego z najlepszych aktorów w historii kina. Ten styl, ta twarz z charakterystycznym pieprzykiem. Jego David nie jest sztuczny, widać emocje włożonę w tę rolę. Powinien być Oscar (R), a była jedynie nominacja do jakiejś podrzędnej nagrody. Cóż, nie zawsze Akademia zna się na rzeczy. Roberta De Niro określiłbym jako lokomotywę ciągnącą cały obraz, oczywiście z aktorskiego punktu widzenia.

James Woods, czyli filmowy Max. Przeraża, ale też śmieszy, zwłaszcza tłumacząc czemu cały karawan skacze. Co prawda nie ta klasa co De Niro, ale przekonywał i to bardzo. Wykreować postać Maxa nie było łatwo, stąd brawa dla Woodsa (którego widziałem w "Chaplinie" z 1992 r. oraz w "Kasynie" z 1997 r.).

Joe Pesci (Oscar (R) za "Chłopców z ferajny") grał za krótko, żeby go ocenić. Z innych aktorów, dało się zauważyć Burta Younga, czyli Joe, wcześniej znanego z roli Paulie'go w serii filmów "Rocky". Treat Williams, William Forsythe jakoś nie zapadają w pamięć, a szkoda.

Postaci kobiecie przedstawiono negatywnie. Carol (Tuesday Weld), czyli była żona żydowskiego adwokata, która nadała Joe'mu swojego pracodawca-jubilera, ma mentalność prostytutki. Z czasem mieszka z Maxem, ale ma ochotę na więcej romansów. Filmowa żona Davida - Eve (Darlanne Fluegel) nie grzeszy inteligencją.
Deborah (Elizabeth McGovern/ Jennifer Conolly) tylko ładnie tańczy, a wiemy, że zostaje aktoreczką, obrażona na Davida za gwałt, a raczej wymuszony seks w samochodzie... Krytycy zarzucali Leone takie podejście. Uważam osobiście, że nie wszystkie kobiety takie są, ale nie moja to wizja.

Sam Sergio Leone na planie filmu
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/10/38/1038/149535.1.jpg)

Zdjęcia Tonino Delli Colli - coś pięknego! Ujęcia kamery, sposób w jaki się porusza! Oświetlenie, zbliżenia na postacie... można tak wymieniać w nieskończoność. Dosłownie, czuło się brud Nowego Jorku! Zasłużona nominacja do nagrody BAFTA (R), zwanej "brytyjskim Oscarem".

Kostiumy Gabrielli Pescucci - doskonała robota! Nagroda BAFTA (R) uzasadniona. Tyle różnych czasów w jednym filmie - lata 20te, 30te, 60-te, a do tego mundury policyjne. Pełen profesjonalizm.

Wreszcie, muzyka Ennio Morricone! Cudowna, jak zawsze! BAFTA (R) oraz nominacja do Złotego Globu (R). Mistrz Morricone nigdy nie napisał złej muzyki, a tutaj bardzo pogłębia odbiór obrazu Leone. Nadająć mu miejscami mroku, a czasami powodując miłe odczucia. Można samemu posłuchać suity : http://www.youtube.com/watch?v=LaZFLkR6fVU

Podsumowując, może zacznę od negatywnej strony. Nie będzie tu nic o czasie trwania, bo to nie ma znaczenia, jeśli ogląda się film w domu. Chodzi mi o mrok i przemoc. Jest to obraz bardzo brutalny i naturalistyczny. Krew dosłownie tryska i podczas strzelanin, jak i bójek. Trzeba być przygotowanym na takie wrażenia, stąd nie poleca się go osobom wrażliwym. Rozumiem, że to dramat gangsterski, ale mrok czasem raził, zwłaszcza te uliczki Nowego Jorku, takie szare i brudne.
Jednakże, scenariusz został w pełni dopracowany. Gra czasem i ciągłe retrospekcje to udany zabieg Leone. Zasłużone nominacje do BAFTA (R) i Złotego Globu (R) za reżyserię. Wszystko zrobione jest sprawnie i doskonale ze sobą współgra, a wisienką na torcie jest muzyka Ennio Morricone, a może i sam Robert De Niro. Nie będę porównywać tego dzieła z "Ojcem chrzestnym", bo to są zupełnie inne filmy. Mogę dodać jeszcze tylko to, iż "Dawno temu w Ameryce" (1984) okazał się ostatnim filmem, który Sergio Leone nakręcił w życiu (zm. 1989).

Moja ocena: 10/10. 


(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/10/38/1038/7234357.3.jpg?l=1346987701000)

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

"Żelazna dama"

Dziś wracamy z dalekiej Ameryki do Europy. Znów do Wielkiej Brytanii i na Downing Street 10, choć nie tylko. Zajmę się poniżej filmem Phyllidy Lloyd pt. "Żelazna dama" (ang. "Iron Lady") będącym filmową biografią zmarłej w tym roku baronessy Margaret Thatcher.

Meryl Streep jako premier Margaret Thatcher
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/42/51/584251/286406.1.jpg)

Może wyjątkowo zacznę od twórczyni filmu. Phyllida Lloyd wcześniej zekranizowała musical "Mamma mia" w gwiazdorskiej obsadzie - Meryl Streep, Pierce Brosnan, Colin Firth, Julie Walters, Stellan Skarsgård. Po sukcesie tegoż obrazu, Lloyd wzięła się za biografię baronessy Thatcher ze Streep w roli głównej. Lloyd okazuje się być znanym teatrologiem oraz swego czasu profesorem na University of Oxford, w tej materii właśnie. Ciekawie się zapowiada, a jak jest??

Na samym początku filmu widzimy leciwą już baronessę Thatcher (na emeryturze trafiła do Izby Lordów), która żyje pod opieką i ochroną zapewnioną jej przez rodzinę i państwo. Czasem, co jest prawdą wymykała się z domu i wszyscy jej szukali. I taką ją widzimy - starszą panią, która nie radzi sobie sama, a na dodatek widzi zmarłego w 2003 r. męża - Denisa Thatchera (rewelacyjny Jim Broadbent). Przygnębiający obraz starości, który przerywa podpisywanie książki "Moje lata na Downing Street", kiedy to zamiast Thatcher podpisuje się panieńskim nazwiskiem - Roberts. Wtedy nagle przenosimy się w czasie do lat młodości "żelaznej damy". Otóż urodziła się ona i wychowała w Grantham (hrabstwo Lincolnshire - wschodnia Anglia, na północ od Norfolku - ten "brzuszek" od wschodu w Anglii), gdzie pracowała w sklepie swojego ojca - Alfreda Robertsa (w tej roli Iain Glen - ser Jorah Mormont z "Gry o tron"), lokalnego torysa (konserwatysty) i pastora kościoła metodystów. To właśnie ojciec odcisnął na baronessie swoje piętno. Jako działacz i polityk przemawiał do ludzi, będąc blisko nich. Polityką zaraziła się od ojca. W 1946 r. rozpoczęła studia na wydziale chemii na Oksfordzie, gdzie zapisała się do koła konserwatystów. Sam studiowałem na angielskiej uczelni i wiem, że takowe koła istnieją niemal wszędzie. Młodzież w Wielkiej Brytanii, już na studiach wyraża swoje sympatie polityczne poprzez działanie w młodzieżówkach partyjnych, co potem pojawia się w CV i ma wpływ na decyzje wyborców. Przecież obecny premier David Cameron, czy jego zastępca - Nick Clegg, sami należeli do podobnych stowarzyszeń. To tyle dygresji.

Z czasem młoda Margaret Roberts poznaje Denisa Thatchera, po nieudanej kampanii wyborczej w 1951 r. Z tej miłości wynikną dwa skutki - bliźnięta Mark i Carol oraz zdana aplikacja adwokacka już pani Thatcher. Dalej widzimy kolejną porażkę wyborczą w 1954 r., aż w 1958 r. pani Thatcher dostała się do Izby Gmin z okręgu Finchley (obecnie nie ma go - stanowi część Londynu). Od 1959 r. zasiada w Parlamencie, co okazało się nie lada wyzwaniem. W latach 60-tych działała w ramach Partii Konserwatywnej na rzecz depenalizacji stosunków homoseksualnych oraz legalizacji aborcji (co udało się w 1968 r.). W gabinecie cieni pełniła funkcję ministra transportu, a potem edukacji, co zaowocowało po wygranych przez torysów w 1970 r. wyborach stanowiskiem Sekretarza w tym ostatnim resorcie. Był to rząd Edwarda Heatha, który wprowadził Zjednoczone Królestwo do EWG (od 1992 r. UE), o dziwo konserwatywny. W filmie widzimy Thatcher (Meryl Streep) jako prężną panią minister, której ambicje sięgają dalej. Porażka wyborcza w 1974 r., spowodowała objęcie rządów przez Partię Pracy. Laburzyści długo nie cieszyli się władzą, gdyż w 1979 r. upadł gabinet Jamesa Callaghan, a władza znów przeszła w ręce torysów... a premierem została Margaret Thatcher. Nie dość, że pierwsza kobieta na tym stanowisku, to jeszcze z ramienia Partii Konserwatywnej. Niestety, pani Lloyd dosyć szybko ukazała te 11 lat rządów "żelaznej damy"... widzimy strajki górników i hutników, zamieszki w Londynie, wygraną wojnę o Falklandy/Malwiny z Argentyną oraz nieudany zamach IRA na panią premier w 1984 r. w Brighton (południowa Anglią, kurort znany z żywej działalności LGBT).

"Żelazna dama" i osoby niezadowolone z jej polityki
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/42/51/584251/286395.1.jpg) 

Ostatnie lata na urzędzie to już męka, aż przychodzi rok 1990. Torysi tracą na rzecz laburzystów (kierowanych przez młodego Tony'ego Blaira), ale nie poddają się. Chcąc wymienić "żelazną damę", rozpoczynają głosowanie wewnątrz partii, gdzie wygrywa Michael Hesseltine... Thatcher chcąc odejść z twarzą rezygnuje, udzielając poparcia Johnowi Majorowi (premierowi w latach 1990-1997). Oczywiście, "żelazna dama" bardzo przeżyła te nastroje społeczne i wśród przyjaciół w partii. Z drugiej strony, miała już 65 lat i nie bardzo wiedziała jak sobie poradzić. Zmiany w społeczeństwie, wywołane postindustrializacją, odwrót od komunizmu w Europie Środkowej i Wschodniej, zbliżający się upadek ZSRR, zjednoczenie Niemiec... to już nie były czasy dla "żelaznej damy". Co prawda, miała jakąś tam działalność pozapolityczną, choć w 1992 r. otrzymała tytuł baronessy i z czasem zajęła się pracą w Izbie Lordów. Jej stan zdrowia pogarszał się, aż do śmierci męża w 2003 r. Potem, co podobno potwierdzono miała omamy i widziała go ...

Margaret Thatcher (Meryl Streep) z mężem Denisem (Jim Broadbent)
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/42/51/584251/286400.1.jpg)

Wiedząc już sporo, a nawet więcej o treści, można przejść dalej. Meryl Streep w pełni zasłużyła na Oscara (R), trzeciego już w swojej karierze za rolę "żelaznej damy". Nawet pod dużą warstwą charakteryzacji (też Oscar (R)) widać było jej emocje i grę aktorską. W celu zaznajomienia się z brytyjską polityką od środka, Streep poszła na posiedzenie prawdziwej Izby Gmin. To jest prawdziwa aktorka, która wkłada serce w każdą rolę! Jim Broadbent, jako Denis Thatcher, choć bez makeupu, to jednak podobny. Broadbent mimo komediowej aparycji świetnie przedstawił męża "żelaznej damy", wspierającego swoją małżonkę na każdym kroku. Przypomniało mi to jego wcześniejszą rolę z filmu "Iris", gdzie wcielił się w męża Iris Murdoch, słynnej angielskiej pisarki, autroki m.in. "Czarnego Księcia". Broadbentowi role mężów sławnych kobiet służą! Niestety, poza pojawiającym się w jednej scenie Iainem Glenem inni aktorzy niestety nie zapadli w pamięć. Nawet sławny Richard E. Grant w roli Michaela Hasseltine'a nie przypadł mi gustu - charakteryzatorzy zrobili z niego wierną kopię polityka torysów.

Muzyka Thomasa Newmana, współpracownika Sama Mendesa, bardziej przygnębia, niż cieszy (http://www.youtube.com/watch?v=hFd9JuwaPxc), choć są i bardzo pozytywne momenty. Mam wrażenie, że o to tutaj chodziło reżyserce.

Zdjęcia Elliota Davisa ("Zmierzch" oraz "Co z oczu, to z serca") nie powalają na kolana, ale to ujęcia Anglii i Londynu - coś pięknego! Albo praca kamery w Izbie Gmin - poruszanie się po słynnych liniach, wyrysowanych w Izbie dla studzenia zapału posłów wokół stołu Spikera. Takie szczegóły oddano!

Charakteryzacja - Oscar (R) mówi sam za siebie!

Przykład doskonałej roboty charakteryzatorów z bliska
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/42/51/584251/286301.1.jpg) 

Podsumowując już, "Żelazna dama" mimo biograficznego charakteru, nie jest filmem o samej baronessie Thatcher, zmarłej w 2013 r. Jest to film o tym, że starość i demencja dotkną każdego, nawet najwybitniejszego polityka. Widzimy tutaj nacisk na cierpienie - ucieczki od opieki, złe samopoczucie omamy (vide miraże zmarłego męża). Współczujemy baronessie Thatcher, a retrospekcje okazują się być jedynie wspomnieniami dawnych lat chwały, które ma każdy człowiek w czasie swojej starości, oczekując nieuniknionego. Nawet sam premier David Cameron skrytykował ten film za niepokazanie biografii, a jedynie cierpienia wywołanego starością (http://www.telegraph.co.uk/news/politics/margaret-thatcher/8996782/David-Cameron-The-Iron-Lady-should-have-been-delayed.html). Widać nie tylko ja odebrałem w ten sposób "Żelazną damę". Generalnie, dla Meryl Streep, Jima Broadbenta oraz doskonałej charakteryzacji warto obejrzeć. Resztę, można sobie doczytać w książakach.

Moja ocena: 8.0/10. 

(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/42/51/584251/7423301.3.jpg?l=1353902156000)

niedziela, 18 sierpnia 2013

"Mały wielki człowiek"

Dziś zajmę się mało znanym, acz bardzo interesującym filmem z 1970 r., w reżyserii Arthura Penna (znanego bardziej z wcześniejszego obrazu - "Bonnie i Clyde"). "Mały wielki człowiek" (ang. "Little Big Man") przedstawia losy Jacka Crabba (Dustin Hoffman), opowiedziane przez niego samego w wieku 121 lat.

Jack Crabb (Dustin Hoffman) w wieku 121 lat
(źródło: http://i2.listal.com/image/466877/600full-little-big-man-photo.jpg) 

Jack wraz z siostrą Caroline (Carole Androsky) i rodzicami podróżowali przez Wielkie Prerie. Napadli ich Paunusi, zostawiając przy życiu tylko rodzeństwo, do którego uśmiechnęło się szczęście - trafił na nich Cień - Czejen i zabrał do swojej wioski. Tam Jackiem (bo Caroline uciekła pierwszej nocy) zajął się wódz - Stare Skóry (prawdziwy Wódz Dan George*) i wychował wraz z innymi Czejenami. Tam też zyskuje imię "Mały wielki człowiek", ponieważ fizycznie był mały, za to wielkiej odwagi. W czasie strzelaniny z żołnierzami, Jack trafił do białych - najpierw do pastora i jego żony (Faye Dunaway), potem do oszusta (Martin Balsam), a od niego do Caroline, gdzie poznał Billa Hickoka. Jack wpadł też na samego generał Custera (Richard Mulligan). Generalnie, wszystko się mieszało, co jakiś czas wracał do Czejenów, a potem znów do armii.
Wreszcie, razem z Custerem trafił pod Little Bighorn, gdzie amerykański dowódca zginął (w dniu 25 czerwca 1876 r.).

Dustin Hoffman jako Mały wielki człowiek
(źródło: http://4.s.dziennik.pl/pliki/4842000/4842126-maly-wielki-czlowiek-643-482.jpg)

Film Penna koncetruje się na pokazaniu różnic między Indianami, a Amerykanami. Adopcja Jacka przez Czejenów uczy go samych dobrych rzeczy, a życie z białymi, wręcz przeciwnie. Pastorowa się do niego zaleca, a po śmierci męża zostaje kurtyzaną. Widać też uprzedzenia względem Indian oraz okrucieństwo samego Custera - mordowanie kobiet i dzieci. Mimo wszystko, Indianie też mordowali bezbronnych (vide pierwsze minuty opowieści Jacka). Tego wątku Penn niestety nie rozwinął, a powinien był. Co prawda Jack mówi Starym Skórom, że nie wszycy biali są źli (przecież sam jest biały!), ale tego się nie podkreśla. Generał Custer zbrodniarzem był, podobnie jak wielu osadników, ale nie wolno pokazywać Amerykanów tylko takimi - przykład Jacka zaprzecza temu wizerunkowi.

Stare Skóry (Wódz Dan George)
(źródło: http://northierthanthou.files.wordpress.com/2012/04/chiefdangeorge.jpg)

Penn chciał pokazać niesprawiedliwe traktowanie Indian jako dzikusów, którymi nie byli i nie są. Nawet piętnował zamykanie ich w rezerwatach, na które i tak napadano. Szczerze powiedziawszy, można to odnieść do wielu innych ludów na świecie. W USA się opamiętano, natomiast w innych krajach, jak Australia czy Nowa Zelandia, zajęło im to trochę więcej czasu. Akurat przykład australijski przedstawia głośny film samego Phila Noyce'a pt. "Polowanie na króliki", ale tym zajmę się przy innej okazji.

Jack i pani Pendrake (pastorowa)
(źródło: http://flickminute.com/wp-content/uploads/2013/07/Little-Big-Man_1971-Dustin-Hoffman-Retrospect.jpg) 

Mimo niepełnej z mojego punktu widzenia treści, mogę przejść do innych spraw. Aktorzy - w zasadzie Dustin Hoffman jest widoczny niemal cały czas, jako młodzieniec i 121-latek, pod wieloma warstwami charakteryzacji. Akademia nie doceniła gwiazdy "Absolwenta". Wódz Dan George otrzymał nominację do Oscara (R). Pytanie czy grał, czy po prostu był sobą? Moim zdaniem to drugie. Faye Dunaway nie pociągała jak w "Bonnie i Clyde", ani w "Chinatown". Tu się rozczarowałem. Generał Custer wykreowany przez Richarda Mulligana rzeczywiście przypominał szaleńca, o co w tej postaci chodziło!

Jack (z lewej) i gen. Custer (z prawej)
(źródło: http://www.dvdbeaver.com/film3/blu-ray_reviews55/little_big_man_blu-ray_/large/large_little_big_man_blu-ray_10.jpg) 

Zdjęcia Harry'ego Stradlinga Jra zapamiętuje się na długo! Te ujęcia prerii, praca kamery podczas scen walki, czy filmowanie wnętrz indianskich tipi. Doskonała robota.

Muzyka Johna Paula Hammonda niestety nie zapadła mi w pamięć. Przyznam, że zwracam baczną uwagę na ten szczegół, ponieważ pogłębia odbiór filmu, dodając wrażeń. Wg imdb.com Hammond skomponował jeszcze tylko jedną ścieżkę dźwiękową i "świat o nim zapomniał". Moim zdaniem, słusznie.

Podsumowując już, choć mam zastrzeżenia do scenariusza, zgadzam się z tezą filmu Penna. Zniszczono bezpowrotnie kulturę indiańską, powodując cierpienia rdzennej ludności Ameryki. Jednak, nie wszyscy biali byli źli.

Moja ocena końcowa: 8.5/10. 

*Stąd w obsadzie napisano "Chief" (czasem bywa "Chieftain"). W tej materii wygląda to tak samo jako w przypadku tytułów szlacheckich, ponieważ są to de facto tytuły szlacheckie u Indian.


(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/76/30/7630/6945500.3.jpg?l=1264822006000)

wtorek, 13 sierpnia 2013

"Ekipa Ameryka: Policjanci z jajami"

Na miły poranek do przeczytania słów kilka o "komedii" twórców kultowego "South Parku", czyli "wizji" Matta Stone'a i Trey'a Parkera z 2004 r. Jest to animacja, ale kukiełkowa, w odróżnieniu od kreskówki dziejącej się gdzieś w Colorado. Jej tytuł w oryginale to "Team America: World Police".

Gary Johnston odnosi sukcesy jako aktor (musical z piosenką o AIDS). Na przedstawieniu dostrzega go tajemniczy Spotswoode - przełożony "Ekipy Ameryka" (wyśmiewanie USA jako żandarma świata). Akurat zespół stracił w Paryżu jednego członka - Carsona, a potrzeba natychmiast kogoś w zastępstwie. W "Ekipie Ameryka" Chris, Joe, Lisa i Sarah niechętnie godzą się na aktora. Ostatecznie Gary decyduje się pomóc i wyrusza do Egiptu. Dowiadujemy się po krótkiej chwili, że terrorystom pomaga Kim Dzong-il z Korei Północnej, a "Ekipie" niechętny jest "Gildia Aktorów Filmowych", której przewodzi Alec Baldwin. Po ataku terrorystów w Panamie, Baldwin sprzymierza się z Kimem, organizując konferencję pokojową ... która będzie miała poważne konsekwencje. A "Ekipa", już bez Gary'ego wpada w ręce terrorystów z "Darkidarkistanu" sprzymierzonymi z Koreą Północną. Tylko Gary może coś pomóc...

Jest to pierwsza animacja, którą opisuję, ale nie będzie to coś przyjemnego. Wulgarność niniejszego obrazu bardzo mi się nie podoba. W "South Parku" nie raziła jak tutaj. Nie chodzi o przekleństwa, ani seks kukiełek, ale o żarty na poziomie rynsztoka. Ktoś to lubi - bez komentarza. Ani razu się nawet nie uśmiechnąłem...

Dubbing wykonany przez twórców  "South Parku" jakoś nie wpadają w ucho, jak w tamtej animacji. Choć Kim Dzong-il mówiący głosem Cartmanna może dziwić.

Podsumowując, mimo doskonałej rozrywki z przesłaniem (vide "South Park") tu zaserwowano widzom głupawą historię z rynsztokowym poczuciem humoru. Panowie Stone i Parker, wstydźcie się! Przecież kwestię amerykocentryzmu, nieznajomości świata, walki z terroryzmem oraz z poprawnością polityczną można byłoby zrobić zdecydowanie lepiej! Ale było, minęło. Odradzam oglądanie tegoż filmu.

Moja ocena: 3.0/10. 

(źródło: http://static1.stopklatka.pl/library/19/9E/64554840.jpg/1.0/64554840.jpg)

"Świadek koronny" (2007)

W ostatnim czasie, poza opisanymi dosyć dokładnie filmami, miałem też okazję zobaczyć "Świadka koronnego" z 2007 r. Jest to film polski w reżyserii duetu Jarosław Sypniewski i Jacek Filipiak. Ponoć, powstał jako dodatkowy efekt wynikający z prac nad serialem "Odwróceni" w TVN. Nie oglądałem tegoż serialu, więc nie wiem o czym był. Skupię się tylko na filmie, ponieważ nie chcę opisać czegoś, czego nie znam.

"Blacha" (Robert Więckiewicz) to skruszony gangster, tytułowy świadek koronny. Mieszka sobie w drogim hotelu, chroniony przez policję. Wpadł dzięki śledztwu komisarza Sikory (Artur Żmijewski), wykorzystującemu różne haki, a to broń, z której znajoma Małgośka Sarnecka (Alicja Dąbrowska) zabiła dwóch ludzi, a to fałszywa bomba. "Blacha" sypie innych gangsterów - "Kowala" (Andrzej Grabowski), "Mnicha" (Andrzej Zieliński) itd. Na co dzień żył jako mąż Miry (Małgorzata Foremniak) i ojciec Kasi (Katarzyna Paczyńska), za którymi tęskni w ukryciu.

"Blacha" (Robert Więckiewicz)
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/18/54/381854/90694.1.jpg)

Marcin Kruk (Paweł Małaszyński) jest dziennikarzem śledczym, akurat przygotowywującym materiał o "Pruszkowie". Spotyka Sarnecką, a potem wraz ze swoją operatorką Iwoną (Urszula Grabowska) jadą na spotkanie z "Blachą", żeby nagrać z nim wywiad. Okazuje się, iż w wybuchu 3 lata wcześniej zginęła żona Marcina. O podłożenie materiałów wybuchowych Marcin podejrzewa "Blachę", z którym ma zrobić wywiad ...

Iwona (Urszula Grabowska) i Marcin (Paweł Małaszyński)
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/18/54/381854/93722.1.jpg)

Niestety, mimo ciekawego pomysłu wykonanie okazuje się nijakie. Tylko Robert Więckiewicz trzyma klasę, stąd zasłużony Orzeł (R) za rolę męską. Jedyny gra wielowymiarową postać - gangster, dobry ojciec, świadek koronny. Paweł Małaszyński, w 2007 r. gwiazda, role w wielu filmach, w tym w nominowanym do Oscara (R) "Katyniu" Andrzeja Wajdy, dziś nikt o nim nie pamięta. Może i lepiej, bo moim zdaniem był to aktor przereklamowany i to bardzo. Reszta aktorów - Artur Żmijewski, Małgorzata Foremniak, Andrzej Grabowski, a poza nimi Maciej Kozłowski, Paweł Burczyk, Krzysztof Globisz, a nawet Misiek Koterski swoją grą nie wychodzą poza przeciętność w ... przeciętnych serialach TVNu. Klapa pod tym kątem.

Wykonanie - niby wnętrza ładne, ale nic ponadto. Zdjęcia mogą się podobać, ale tylko podczas scen kręconych w hotelu podczas wywiadu. Muzyka - bardzo słabo.

Scenariusz - pomysł był doskonały, niczym z Romana Polańskiego. Chodzi mi o interakacje grupki ludzi na małej przestrzeni. Nie wyszło, jak zwykle. "Poszli tą drogą", czyli pseudomelodramat, zamiast thrillera psychologicznego. Ale nie jest mi szkoda twórców - beznadziejnych produkcji nie ma co oglądać.

Podsumowując miałem wrażenie, że to trochę dłuższy odcinek serialu telewizyjnego, aniżeli pełnoprawny film kinowy. Ludzie, będący fanami poszli. Im mogło się podobać, mi nie.

Moja ocena: 4.9/10.

(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/18/54/381854/7518769.3.jpg?l=1359084671000) 

"Niemoralna propozycja"

Ze Śląska i ChRL przenosimy się do USA. Teraz zajmę się filmem w reżyserii Adriana Lyne'a pt. "Niemoralna propozycja" (ang. "Indecent Proposal") z 1993 r.. Z dokonań tegoż twórcy miałem kiedyś sposobność zapoznać się tylko z doskonałym "Fatalnym zauroczeniem" (1987).

Młode małżeństwo Murphy - Diana (Demi Moore) i David (Woody Harrelson) postanawia wybudować sobie dom marzeń. On architekt, ona agent nieruchomości, znają się na rzeczy. Kupują działkę, biorą kredyt i rozpoczynają budowę. Nadchodzi kryzys... muszą oddać bankowi 50 tys. dolarów. Mają tylko 5 tys.
Skąd wziąć resztę? Pomysł to wyjazd do Las Vegas. Pierwszego dnia wygrywają ok. 25 tys. USD, a drugiego zostaje im 4100 USD... Nagle pojawia się tajemniczy miliarder John Gage (Robert Redford), wraz ze swoim zaufanym pracownikiem (Seymour Cassel). Gage sądzi, że wszystko można kupić, a Diana wpada mu w oko ... proponuje Davidowi umowę - milion dolarów za noc z Dianą. David godzi się ze względu na sytuację finansową, choć to później do nich wraca, gdyż Gage zakochuje się w Dianie...

David (Woody Harrelson) i Diana (Demi Moore)
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/81/05/8105/349665.1.jpg) 

Robert Redford jako John Gage
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/81/05/8105/349670.1.jpg) 

Kolejny film z morałem "prawdziwej miłości nie da się kupić za żadne pieniądze", ech. Jest słabo, to można rzecz. Doskonali aktorzy wydają się sztuczni. Redford moim zdaniem wziął tylko gażę, pokazał się i tyle. Moore miewa różne role, a to jedna z jej słabszych kreacji. Harrelson nie przekonuje jako kochający mąż. Generalnie aktorstwo okazuje się drewniane. Zasłużone nominacje oraz jedna Złota Malina (R) dla obsady. W tle pojawia się Billy Bob Thornton oraz Billy Connolly (którego będzie można podziwiać w kolejnym filmie o "Hobbicie").

Strona techniczna - niestety, tylko dobrze. Zdjęcia Howarda Athertona nie powalają,a przecież w "Fatalnym zauroczeniu", czy "Bad Boys" pracę kamery można pochwalić.
Jedynie muzyka Johna Barry'ego (zm. 2011) legendarnego kompozytora, laureata pięciu Oscarów (R), m.in. za "Tańczącego z Wilkami" czy "Pożegnanie z Afryką" spełnia swoją rolę (http://www.youtube.com/watch?v=xFOCqZxRDU0).

Podsumowując, kolejny film z morałem "prawdziwej miłości nie da się kupić za żadne pieniądze", czyli "Niemoralną propozycję" można sobie odpuścić. Drewniane aktorstwo, braki w scenariuszu,a przecież mógł to być doskonały film psychologiczny, na miarę "Fatalnego zauroczenia".
Moja ocena: 5.2/10.

(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/81/05/8105/7470421.2.jpg)