poniedziałek, 2 września 2013

"Coś"

Z angielskiej idyllicznej prowincji, przenosimy się do skutej lodem i mrocznej Antarktydy. Dziś będzie o filmie "Coś" (ang. "The Thing") w reżyserii Johna Carpentera. Scenariusz powstał w oparciu o nowelkę Johna W. Campbella pt. Who Goes There?

Kurt Russell jako MacReady
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/47/13/4713/424026.1.jpg)

Rok 1983, amerykańska baza badawcza na wiecznie zamrożonym lądzie. Pewnego dnia ekipa widzi Norwegów goniących za psem. Strzelając do zwierzaka, trafiają w jednego z Amerykanów, na co Jankesi nie pozostają dłużni. W strzelaninie giną Norwegowie. Nieświadomi niczego obywatele USA przygarniają psa, jednocześnie odkrywając zniszczoną bazę Skandynawów. Czworonóg okazuje się być skażonym przez tytułowe Coś ... kosmita, którego odkryli Norwegowie infekuje Amerykanów, z których dwóch pozostaje przy życiu - MacReady (Kurt Russell) i Childs (Keith David). Otwarte zakończenie filmu nie daje odpowiedzi czy wszyscy przeżyli, ani czy Coś jakoś przetrwało, w oczekiwaniu na kolejnych badaczy.

Ekipa w poszukiwaniu Cosia
(źrodło: http://1.fwcdn.pl/ph/47/13/4713/424027.1.jpg)

Tyle o fabule. Prostej, ale też łatwej do zdradzenia, czego starałem się uniknąć. Aktorsko jest w porządku - Kurt Russell w roli głównej porywa swoją grą. Widać desperację, strach, ale też chęć walki i działanie w tymże kierunku. Scena z piszczącą krwią - przeraża! Keith David, znany później z "Atlasu chmur", tu prezentował się przeciętnie, choć jako czarnoskóry aktor przeżył cały film. W horrorach rzadko się zdarzało.

Co się za chwilę stanie ... ?
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/47/13/4713/424044.1.jpg)

Zdjęcia Deana Cundey'a ("Park Jurajski", "Apollo 13", "Powrót do przyszłości") zaliczam na plus. Te widoki Kanady "grającej" Antarktydę, ruchy kamery we wnętrzach, czy oświetlenie postaci - bardzo dobra robota.

Childs (Keith David)
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/47/13/4713/424046.1.jpg)

Muzyka Ennio Morricone - doskonała i przerażająca! Pokazuje, iż jest prawdziwym mistrzem wśród kompozytorów, skoro potrafi napisać ścieżkę dźwiękową do każdego gatunku filmowego (tu do posłuchania: http://www.youtube.com/watch?v=meU2gAU7Xss). Za co była nominacja do Złotej Maliny (R) za najgorszą muzykę? Nie mam pojęcia...

Efekty specjalne - takie sobie. Efekty charakteryzatorskie spod ręki Roba Bottina ("Robocop", "Pamięć absolutna", "Nagi instynkt") - obrzydliwe, nienaturalnie brutalne, ale świetnie wykonane! Bottin miał swój styl, taki naturalizm przegięty do nierealnej postaci, ale przerażający widza. O to też tu chodziło.

Coś w swej okazałości
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/47/13/4713/424040.1.jpg)

Choć nie jest to horror najwyższych lotów, a tym bardziej arcydzieło science fiction, "Coś" zapisało się na stałe w swoim gatunku. Bottin tworzący dla kultowego Johna Carpentera, a do tego Kurt Russell za najlepszych lat i muzyka Ennio Morricone, powinny zachęcić osoby, który nie widziały jeszcze "Cosia", do jego obejrzenia. UWAGA: są tam bardzo drastyczne sceny, np. brzuch, który zjada ręce lekarza, więc odradzałbym oglądanie go przez ludzi o słabych nerwach. Mimo wszystko to klasyka horroru sf.

Moja ocena: 7/10. 


(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/47/13/4713/7535946.3.jpg?l=1365110275000)

sobota, 31 sierpnia 2013

"Wallace i Gromit: Klątwa królika"

Dziś, zostajemy jeszcze w Wielkiej Brytanii. Może do znudzenia, ale chyba lepiej, że piszę coś co wiem, niż miałbym opisywać nieznane mi dzieła filmowe.

Wallace i Gromit łapiący króliki w Tottington
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/27/32/112732/399186.1.jpg)

"Wallace i Gromit: Klątwa królika" (ang. "Wallace and Gromit: The Curse of Were-Rabbit") to pierwszy pełnometrażowy film animowany o przygodach wynalazcy Wallace'a i jego wiernego psa Gromita. Dokładniej, to 4ta odsłona ich przygód, wyświetlana w kinach w 2005 r. Wcześniej powstały: "Wyprawa na Księżyc", "Wściekłe gacie" i "Golenie owiec", a potem "Kwestia tycia i śmierci". W 2000 r., część twórców "W i G" stworzyła przezabawne "Uciekające kurczaki". Za produkcję tychże animacji odpowiadają Nick Park i Steve Box, współpracujący z legendarną wytwórnią filmową - Aardman Animations z siedzibą w Bristolu. Miasto to można nazwać brytyjską stolicą animacji, a Wallace i Gromit na stałe wpisali się w życie Bristolu - ich podobizny znajdują się w przewodnikach i na lotnisku. Nawet w lipcu 2013 r. w całym mieście porozstawiano rzeźby przedstawiające Gromita, każda inaczej umalowana.

Gromit i króliki
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/27/32/112732/399191.1.jpg)

Co prawda Bristol (miasto na prawach hrabstwa) i pobliskie Somerset nie są jakieś malownicze (wiem z doświadczenia), to jednak można spotkać tam wiele inspiracji. Zwłaszcza do filmów kukiełkowych.

Lord Victor Quartermaine 
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/27/32/112732/399189.1.jpg)

Lata 60-te, w miasteczku trwają przygotowania do konkursu wielkich warzyw w pałacu Tottington, którego dziedziczka, Lady Campanula (głos Heleny Bonham Carter) podtrzymuje tradycję przodków. Plagą okazują się sympatyczne kłapouchy, czyli króliki. Warzyw mieszkańców bronią przed tymi zwierzątkami Wallace (głos Petera Sallisa) oraz jego pies Gromit. Cholewki do Lady Campanuli smali Lord Victor Quartermaine (głos Ralpha Fiennesa), chętny na posag, a do tego gbur i zapalony myśliwy. Victor ma też psa - rotweillera, który będzie walczyć z Gromitem. Nie warto wymieniać więcej mieszkańców, ale mozna wspomnieć o policjancie oraz wikarym, którego hobby, prócz warzyw to ... wrestling zakonnic. Modlitwa przed konkursem, powoduje śmiech u widzów. Cóż, z duchownych też można czasem pożartować.

Lady Campanula
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/27/32/112732/399195.1.jpg)

Wallace i Gromit wyłapują wszystkie króliki, ale nie chcą ich zabić. Wolą przeprogramować im umysły. Wallace uwielbia sera, więc podłącza do siebie i kłapouchów urządzenie, przesyłające fale mózgowe. W wyniku kłopotów technicznych, Wallace staje się królikołakiem, a jeden z królików zaczyna zachowywać się jak nasz wynalazca, który oczywiście nie wie, że stał się potworem ... Bestię trzeba złapać lub wręcz uśmiercić przed konkursem, ale Wallace zawsze znika, kiedy pojawia się potwór.

Gromit i królikołak w tle (scena nawiązująca do "King Konga")
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/27/32/112732/399197.1.jpg)

Śmieszne, ale takie głupie. Lady Campanula kocha, bez wzajemności Wallace'a, a on nie rozumie o co jej chodzi. Victor odkrywa, kto jest królikołakiem i chce go zabić ... film dla dzieci, ale z dozą pewnej grozy. Tu chciałbym wtrącić od siebie jedną rzecz. W Londynie jest taki wielki sklep z zabawkami - Hamleys, ulokowany przy słynnej Oxford Street. Byłem w nim w 2010 r. i co warto podkreślić, wielu sprzedawców bawi się zabawkami, które też można sprawdzić. Niektórzy są przebrani za rycerzy, królewny itd. W dziale "Smoki i lochy" chodził wtedy taki rycerz z mieczem, udawał, że nie widzi na jedne oko, ale opowiadał, że swoim ostrzem uciął smokowi głowę, nazywając go "tricky bastard" (podstępnym bydlakiem), wprawiając dzieci w radość. Oczywiście po chwili oferował zabawki z tej serii po kilka funtów. Dzieci w Wielkiej Brytanii, mniej więcej do 6-7 roku życia mają do oglądania bajki bez przemocy, np. "Teletubisie", czy "Tęczowe małpki", "Strażak Sam", "Listonosz Pat" ... wszystko co jest nadawane na BBC Cbeebies. Potem, wkracza już w ich życie przemoc, ale jest dawkowana. W "W i G: Klątwa królika" jest taka dawka, jedna z pierwszych dla wielu młodych Wyspiarzy. Chodzi mi o scenę, w której Victor strzela do królikołaka/Wallace'a. W Polsce nasze rodzime bajki z Se-Ma-Foru Łódź pełnią funkcję podobną do tych z  BBC Cbeebies, natomiast potem nie ma dawkowania. Jest odrazu całe zło świata w tych durnych kreskówkach .... Może tyle dygresji.

Wallace i Gromit przy kolacji
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/27/32/112732/399175.1.jpg)

Siłą "Klątwy królika" okazuje się ręcznie wykonana animacja. Te odciski palców na ciastelinie postaci, dają widzowi taką swojskość. Cały trud włożony w produkcję widać jak na dłoni. Plus za doskonąłą formę i fakt, że nie starano się używać tylko cyfrowo wygenerowanych postaci.

Wallace i Gromit razem z królikiem
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/27/32/112732/399180.1.jpg)

Głosy aktorów w wersji oryginalnej brzmią zabawnie. Peter Sallis, Helena Bonham Carter i Ralph Fiennes mówią ze śmieszną intonacją, bawiąc się w gry słowne, dlatego radziłbym obejrzeć ten film w oryginale.

Muzyka Juliana Notta to w dużej mierze znany motyw z przygód Wallace'a i Gromita, czyli http://www.youtube.com/watch?v=IIFE9DZM-cQ W przypadku "Klątwy królika" trzeba było dodać więcej utworów niż zazwyczaj, ale kompozytor wykazał się. Warto dodać, iż producentem muzyki był sam Hans Zimmer.

Teraz, coś co uważam za najważniejszą rzecz. Wallace i Gromit wpisują się w obraz idylli angielskiej prowincji, gdzie ludziom żyje się dobrze, nie ma wiele przemocy. Taki raj z pagórkami, identycznymi domkami, gdzie mieszkańcy znają się osobiście, jest wielu przyjaciół, a pastor zna wszystkich parafian z imienia i nazwiska. Czyli świat, który odchodzi w przeszłość. Powoli, ale jednak. I to jest moim zdaniem jego wielka siła - pozytywny obraz życia ludzi poza wielkimi miastami w Anglii. Coś, o czym sam marzę, a po trosze doświadczyłem.

Rzeźby Gromita na tle najsłynniejszego zabytku w Bristolu - Clifton Suspension Bridge
(źródło: http://www.westerndailypress.co.uk/images/localworld/ugc-images/276309/Article/images/19417798/4993779.jpg) 

Mimo, iż jestem za stary na takowe animacje, to Wallace i Gromit są bliscy mojemu sercu za ten idylliczny obraz. Tak na zakończenie dodam tylko, że "Klątwa królika" otrzymała Oscara (R) za najlepszy film aninowany pełnometrażowy, pokonując równie doskonąła, choć nie dla dzieci "Gnijącą pannę młodą" Tima Burtona.

Moja ocena: 9.8/10. 


(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/27/32/112732/7111752.3.jpg?l=1377132211000)

"Radio na fali"

Z Australii wracamy znów do Wielkiej Brytanii. Tym razem będzie filmie Richarda Curtisa z 2009 r., pt. "Radio na fali" (ang. "Boat that Rocked"). Okazuje się, iż mało kto o nim słyszał, a szkoda. Warto go zobaczyć dla rozrywki i pośmiać się z wielu gagów. Jeśli komuś nie pasuje brytyjski humor, to można posłuchać sobie doskonałej muzyki rockowej z początku lat 60-tych. Zanim przejdę do omawiania treści filmu, chciałbym wprowadzić parę informacji, słowem wstępu.

Główna obsada filmu - ekipa "Radia na fali"
(źródło: http://images4.static-bluray.com/reviews/2706_1.jpg)

 Zainspirowany pobytem w Liverpoolu, a dokładniej klubem The Cavern, dowiedziałem się dosyć osobliwej rzeczy odnośnie Wielkiej Brytanii, co bardzo mnie zdziwiło. A warto się tym podzielić z innymi ludźmi, gdyż to mało znany fakt.

Beatlesi, jeszcze jako The Quarry Men, pierwszy raz wystąpili w klubie Cavern 7 sierpnia 1957 r.
W tamtych czasach rock’n’roll był zabroniony w Wielkiej Brytanii, stąd Beatlesi zaczynali grając skiffie. Konserwatywni premierzy Anthony Eden, Harold MacMillan, a po nim Alec Douglas-Home (który jako pierwszy zrezygnował z tytułu „sir”, żeby objąć stanowisko premiera, na mocy The Peerage Act 1963), nie pozwalali radiu BBC na granie takowej muzyki.

Beatlesi i Harold Wilson
(źródło: http://25.media.tumblr.com/tumblr_m1tv8hpHcK1r5cmgfo1_500.jpg)

Młodzi jednak, znaleźli sposób. Na terenie Wielkiej Brytanii, można było radiostacje zagłuszać, co też czyniono, ale była inna możliwość. Wielu ludzi kupowało stare statki i na nich montowało radiostacje. Później zarzucali kotwice na Morzu Północnym, setki mil od brytyjskiego wybrzeża, grając zakazanego rock’n’rolla. Nie można było ich zagłuszyć, gdyż ze względów bezpieczeństwa, inne statki musiały się komunikować z lądem i w razie czego wysyłać sygnał SOS.
Rządy tychże premierów walczyły z taki radiami na podstawie ustaw z XIX w., które pozwalały na walkę z piratami, np. Piracy Act 1837 czy Piracy Act 1950. Stąd też pochodzi określenie piracki na nielegalną muzykę czy inne utwory.

Dopiero laburzysta Harold Wilson zniósł zakaz gry rock’n’rolla w radiu BBC, dzięki czemu wygrał wybory w 1963 r., mając poparcie samych Beatlesów .

Odtwórcy głównych ról
(źródło: http://bucentral.files.wordpress.com/2012/10/boat-that-rocked.jpg?w=640&h=320)

Akcja "Radia na fali" dzieje się przed 1963 r. Quentin (Bill Nighy) jest właścicielem pływającego radia, zakotwiczonego, gdzieś na Morzu Północnym. Zatrudnia wielu znanych dysk-dżokejów, "Hrabiego" (Philip Seymour Hoffman), "DJ Doctora" Dave'a (Nick Frost) oraz z czasem przyjmuje do załogi Amerykanina - Gavina Kavanagha (Rhys Ifanis) z USA, który z czasem rywalizuje z "Hrabią". Na statku znajdują się i inne osoby, w tym jedyna kobieta - Felicity (Katherine Parkinson), do tego lesbijka. Młody Carl (Tom Sturridge), po wyrzuceniu ze szkoły, zostaje wysłany przez swoją matkę (Emma Thompson) do dziadka - Quentina, żeby nauczyć się dyscypliny. Matka nie wie co dzieje się na statku w rzeczywistości.

Poza graniem rocka, mają miejsce kłótnie, orgie (dużo golizny, ale nie razi), nieudany ślub, a Carl z czasem zakochuje się z wzajemnością w Marianne (Talulah Riley), jednej z fanek. Do tego wszystkiego dochodzi polityka torysów, przejawiająca się w konserwatywnej postawie ministra - sir Alistaira Dormandy'ego (sir Kenneth Branagh). Otóż, sir Alistair chce zwalczyć wszelkimi środkami pirackie radiostacje, nawet wysyłając Royal Navy - kapitalna scena zmyłki brytyjskich marynarzy.

Oczywiście, pojawiają się wątki dramatyczne - odejście żony jednego z załogantów, czy odnalezienie przez Carla swojego ojca, będącego spikerem porannym, czyli "Smootha" Boba Silvera. Nie zapominam też o końcówce, w której statek tonie, a spikerzy wysyłają sygnał SOS. Czy uratują ich od zatonięcia w Morzu Północnym oddani fani?

Ponownie główna część obsady filmu
(źródło: http://www.offshoreradio.de/images4/boatrocked.jpg)

Tyle o treści, teraz tradycyjnie aktorstwo. Bill Nighy, Nick Frost, Philip Seymour Hoffman, Emma Thompson, Rhys Ifanis, czy sir Kenneth Branagh, gwarantują udany seans. Nie są sztuczni, ale jacyś na luzie, a sir Kenneth, swoją powagą śmieszy. Plus za obsadę.

Danny Cohen i jego zdjęcia wydają mi się OK. Dobra robota, oświetlenie, ruchy kamery, a zwłaszcza  sceny na morzu, w dużej mierze kręcone w studiu i na Blue Boxie.

Muzyka, to najmnocniejsza strona filmu. Pod tym linkiem znajdują się wszystkie użyte piosenki, odtworzone przez tytułowe radio: http://www.imdb.com/title/tt1131729/soundtrack

Podsumowując, choć "Radio na fali" zachęca gwiazdorską obsadą oraz doskonałą muzyką, to jednak w treści czegoś zabrakło. Choć to komedia, miała za dużo dramatu w sobie. Ogólnie zabrakło w scenariuszu jakiejś puenty, którą Richard Curtis umie przekazać. Realia oddano dobrze - czytałem i nasłuchałem się o Wielkiej Brytanii lat 60-tych. Żałuję, że nie dane mi było ją zobaczyć. Na szczęście, istnieją filmy, takie jak ten, gdzie można to przez chwilę poczuć. Mimo wad w treści, daję ocenę: 8/10.

P.S. W Polsce film wydano odrazu na DVD, pomijając dystrybucję kinową. A po napisach końcowych, jest jedna ukryta scena.


(źródło: http://lostinasupermarket.com/wp-content/uploads/2009/09/pirate_radio_poster.jpg)

środa, 28 sierpnia 2013

"Polowanie na króliki"

Z Ameryki Południowej zmieniamy miejsce akcji. Co prawda Antypody pojawiły się już raz w moich recenzjach, ale była to wtedy Nowa Zelandia, przy okazji "Hobbit: Niezwykła podróż". Dziś, będzie Australia. Najmniejszy kontynent świata ostatnio mało widoczny na mapie globalnego kina, traci na rzecz "Kraju Kiwi", należącego do Oceanii. A jednak "Kraina Kangurów" ma także coś ciekawego do zaproponowania, poza Peterem Weirem, znanym bardziej z hollywoodzkich osiągnięć, aniżeli rodzimych. 

Phil Noyce, Australijczyk znany jako reżyser "Czasu patriotów", "Stanu zagrożenia", "Świętego" czy ostanimi czasy "Salt", ponad dekadę temu nakręcił bardzo mało znany w Polsce film. Sam też dowiedziałem się
o jego istnieniu z brytyjskiej gazety w 2002 r. Chodzi mi o "Polowanie na króliki" ("Rabbit-Proof Fence"), nominowane do Złotego Globu (R) za muzykę Petera Gabriela.

Trzy główne bohaterki na tle tytułowego płotu na króliki
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/28/87/32887/291963.1.jpg)

Skąd taki tytuł? Zacznijmy od początku. Doris Pilkington Garimara, Aborygenka z pochodzenia, napisała książkę pt. Follow the Rabbit-Proof Fence, wydaną w 1996 r., w której opisała doświadczenia tzw. Skradzionego pokolenia (ang. Stolen Generation). Otóż, australijski rząd w latach 1900-1970 zabierał aborygeńskie dzieci z rodzin mieszanych, w celu wychowania ich na "białych ludzi" w  w obozach przejściowych. Odebrane siłą od rodziców, miały zatracić swoją własną tożsamość, na rzecz dominującej anglosaskiej kultury. Nawet powstało wyspecjalizowane ku temu organy, tzw. Protectors of Aborigines,
a w przypadku akcji niniejszego filmu, chodziło o Commissioner for Native Affairs dla Australii Zachodniej, Aubera Octaviusa Neville'a (1875 - 1954). Dzieło Garimay dotyczy ucieczki trzech dziewczynek z jednego z takich obozów. Dzieci nie znając drogi, szły wzdłuż tytułowego "płotu na króliki", rozdzielającego kontynent. Takowa zapora powstała, gdyż te miłe zajęczaki w Australii pustoszą uprawy. Poza tym, płot wyznacza kierunki świata, a dziewczynki można porównać do królików, uciekających przed myśliwymi.

Widzimy trójkę dzieci - Molly Craig (Everlyn Sampi), Daisy Craig (Tianna Sansbury) oraz Gracie Fields (Laura Monaghan), odebrane przez policję od matek. Mieszkają w obozie przejściowym, uczone anglosaskich zwyczajów. Ich rodziny tęsknią za nimi, co widzimy w zmieniających się scenach. Z czasem decydują się na ucieczkę, mimo, iż w obozie pracuje Łowca (David Ngoombujarra), wyłapujący uciekinierki. Rozpoczyna się pościg. A.O. Neville (w tej roli sir Kenneth Branagh) wydaje duże pieniądze, żeby złapać "uciekające króliki". Przede wszystkim chodzi o prestiż jego urzędu, tak mocno nadszarpnięty.

Łowca (David Ngoombujarra)
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/28/87/32887/291962.1.jpg)

Wszyscy szukają dziewczynek, które zgodnie z prawdą, przeszły pieszo 2,5 tys. km. Oczywiście, dotarły do domu, co można było przewidzieć. Na samym końcu filmu widzimy bardzo stare główne bohaterki, mające wtedy (tzn. w 2002 r.) ok. 80 lat. Ich ucieczka okazała się inspiracją dla innych.

Sir Kenneth Branagh jako A. O. Neville
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/28/87/32887/291965.1.jpg)

Szczerze mówiąc, to za najmocniejszą stronę "Polowania na króliki" uznałbym jego przesłanie. Niszczenie zastanej kultury miejscowej, przez wykorzenianie z dzieci ich tożsamości, uznać należy za zbrodnię. Anglosascy osadnicy w barbarzyński sposób "cywilizowali" aborygeńskie dzieci, uciekając się do przemocy
i rozbijania rodzin. Phil Noyce potępia takie podejście, wskazując na możliwość współżycia dwóch kultur obok siebie, a wręcz ich wzajemnego wzbogacania się. Kończać już ten wątek, całość sprowadza się do pytania: kto naprawdę był barbarzyńcą?

Odnośnie aktorów, to sir Kenneth Branagh przeraża jako A.O. Neville. Widz czuje negatywne emocje
w stosunku do tak bezdusznego urzędnika, wyrządzającego wiele krzywdy innym.
Dzieci w filmie, to jedynie dobra robota. Wiem, że to były amatorki, ale oddały realizm swoich postaci. Tylko, że bez rewelacji. Cieszą aktorzy aborygeńscy starszej daty, którzy rzeczywiści należeli do "Skradzionego pokolenia". Moim zdaniem to hołd oddanym wszystkim tym dzieciom, które niczym króliki musiały uciekać.

Trzy uciekinierki
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/28/87/32887/291966.1.jpg)

Muzyka Petera Gabriela nie porusza jak dzieło Ennio Morricone przy okazji "Misji", ale scena, w której widzimy bohaterki w wieku starczym z napisami o ich dalszych losach, to łzy cisną się na oczy same.
Tu przykładowe utwory do odsłuchania: http://www.youtube.com/watch?v=voOtsljDkcQ oraz http://www.youtube.com/watch?v=XSeiPut7pc8 Tylko dobra robota, niestety.

Zdjęcia Christophera Doyle'a ("Spragnieni miłości", "Spokojny Amerykanin", "Hero") robią wrażenie, zwłaszcza, gdy pokazują bezkresne pustynie Australii o zachodzie Słońca, przecięte jedynie płotem na króliki.

Podsumowując już, Phil Noyce pokazał swoją klasę jako reżyser. Nakręcił dramat z przesłaniem, będący hołdem dzieciom ze "Skradzionego pokolenia". Jednocześnie też żądaniem przeprosin, do których doszło
w 2008 r. z ust ówczesnego premiera Australii, Kevina Rudda* (pełniącego tę funkcję także obecnie)
z Partii Pracy. Moim zdaniem, film ten odniósł skutek, gdyż przypomniał światu, a przede wszystkim Australijczykom o dramacie dzieci w ich kraju. Choć nie jest to dzieło wybitne, to polecałbym zapoznać się
z nim, gdyż pokazuje, iż cierpiało przez kolonizację wiele rdzennych ludów, nie tylko Indianie.

Moja ocena: 9.3/10.

*http://www.smh.com.au/news/national/rudd-says-sorry/2008/02/13/1202760342960.html

(źródło: http://gapla.fn.org.pl/public/cache/P21051-1000x1000.jpg)

"Misja"

Dziś z USA przenosimy się do Ameryki Południowej, a dokładniej na tereny dzisiejszego Paragwaju, Urugwaju i trochę Brazylii. Tam też istniało do połowy XVIII w. słynne "państwo" jezuitów (zakonu założonego w XVI w. przez św. Ignacego Loyolę w 1534 r., a zatwierdzony przez papieża w 1539 r.). Okoliczności jego "upadku" zostają pokazane w "Misji" (ang. "The Mission") z 1986 r. w reżyserii Rolanda Joffe ("Pola śmierci" i "Super Mario Bros"<?>).

Rodrigo (Robert De Niro) w słynnym ujęciu z filmu
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/10/37/1037/318058.1.jpg) 

Rodrigo Mendoza (Robert De Niro) jest hiszpańskim łowcą niewolników. Wyłapuje Indian Guarani, którzy uciekają do jezuitów w poszukiwaniu wolności. Trzeba pamiętać, że król Hiszpanii gwarantował nietykalność Indianom, jeśli dotarli na tereny pod zwierzchnictwem Towarzystwa Jezusowego. Tytułowej misji przewodzi ojciec Gabriel (Jeremy Irons), wysłany w zastępstwie (poprzedniego jezuitę Indianie przybili do krzyża i wrzucili do rzeki). Ojciec Gabriel nawraca Indian grając na flecie, a nawet mówi w pewnym momencie: "Z fletem schrystianizowałem tutejszych Indian. Z całą orkiestrą, schrystianizowałbym cały kontynent". Gabiel i Rodrigo nie darzą się sympatią, delikatnie rzecz ujmując.

Ojciec Gabriel (Jeremy Irons) gra na flecie
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/10/37/1037/420662.1.jpg)

Pewnego razu Rodrigo przyłapuje żonę na zdradzie z jego bratem - Felipe (Aidan Quinn). Wściekły Rodrigo zabija brata i pogrąża się w rozpaczy. Stracił sens życia, nie łapie już Indian, zamyka się w swoim domu. Wtedy do grzesznika rękę wyciąga ojciec Gabriel i zaprasza do życia w misji, gdzie może odkupić swoje winy. Wyruszają razem do Amazonii. Rodrigo z tobołkiem na znak pokuty podąża za duchownym. Scena przebaczenia przez Indian, spotęgowana muzyką Ennio Morricone, dosłownie nie z tego świata (tytuł utworu: "On Earth as it is in Heaven"). Poza Gabrielem, są tam też inni jezuici, w tym Fielding (Liam Neeson).
Scena przebaczenia - w środku Rodrigo (Robert De Niro)
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/10/37/1037/318048.1.jpg)

Jednak "Misja" to nie idylla. Do obecnego Paragwaju przybywa legat papieski - kardynał Altamirano (Ray McAnally). Ówczesny Ojciec Święty (Klemens XIII) wysłał go, żeby rozwiązać kwestię jezuitów. Tu wkracza wielka polityka. Hiszpania i Portugalia dogadały się ws. "redukcji paragwajskich". Chodziło o wyrugowanie stamtąd jezuitów, a Paragwaj miał dostać się w ręce Portugalczyków, żeby mogli mieć dostęp z Brazylii do Pacyfiku. Był to rok 1759 r. Markiz Pombal, pierwszy premier Portugalii, przegonił ze swojego kraju Towarzystwo Jezusowe. Klemens XIII, również był przyparty do muru - poza krajami Płw. Iberyjskiego, także Włosi i Francuzi niechętni byli jezuitom. Legat wiedział już najgorsze - miał zgodzić się na likwidację misji, co wiązałoby się z ofiarami. Ojciec Gabriel nie był chętny do walki, w przeciwieństwie do Rodrigo. Portugalczycy i Hiszpanie ruszyli ...

Procesja z ojcem Gabrielem na czele
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/10/37/1037/318054.1.jpg)

Film nie ma happy endu. Joffe, tak realistycznie oddający historię (vide "Pola śmierci") nic nie zmienił. W 1772 r. doszło do kasaty zakonu jezuitów, których zreaktywowano w 1814 r. Tak, gwoli formalności dodam także, iż Hiszpanie rozmyślili się kilka lat później i przejęli od Portugalczyków tereny Paragwaju.

Co mi się w "Misji" najbardziej się podoba? Przede wszystkim, cała historia. Oto, do życia skromnych jezuitów wkracza wielka polityka o skali światowej, a oni zostają sami. Nie można się dziwić legatowi, który nie mógł nic zrobić. Piękno ofiary za wiarę, które utożsamia ojciec Gabriel. Scena procesji, ostrzelanej z armat przez Portugalczyków, jako żywo przypomniała mi podobną scenę z powstania krakowskiego (1846), gdzie Austriacy strzelali do uczestników podobnej uroczystości. Jest to ofiara, z której coś wynika - Hiszpanie zdali sobie sprawę z błędu, a jezuitów reaktywowano kilkadziesiąt lat później. Czy nie widać tutaj aluzji?? Widać, bo o to chodziło scenarzyście - Robertowi Boltowi ("Lawrence z Arabii", "Oto jest głowa zdrajcy", "Bunt na Bounty"). Druga rzecz, to przebaczenie. Scena, w której Indianie wybaczają po chrześcijańsku Rodrigo wzrusza mnie, nawet za którymś razem. To jest siła doskonale zrobionego filmu!

Robert De Niro, Jeremy Irons, Liam Neeson - ta trójka wystarczy. W zasadzie widz skupia się na dwóch osobowościach - skruszonego grzesznika (De Niro) i prawdziwego duchownego (Irons). Obaj oddali życie za wiarę, co okazuje się być najpiękniejszą ofiarą. Ale nie zapomnieli o ludziach, którym pomagali, ucząc ich języka i rzemiosła, a także kultury. Do dziś pamięta się o jezuitach w kilku krajach - pytałem się Brazylijczyków, Argentyńczyków, czy ludzie znających Paragwaj. Czyż nie jest to dobro, wynikłe z poświęcenia? Oczywiście, co zauważył także bł. Jan Paweł II, umieszczając "Misję" na "Watykańskiej liście 45 filmów", w kategorii "Filmy o szczególnych walorach religijnych"* Sam nie jestem religijny, ale szczerze, to w pełni zgadzam się z takim werdyktem.

Liam Neeson jako jeden z jezuitów
(źródło: http://cdn.mos.totalfilm.com/images/t/the-mission-1986-.jpg)

Odnośnie aktorów, dodałbym pewną ciekawostkę. Otóż, Robert De Niro i Aidan Quinn, spotkają się 8 lat później na planie innego filmu - "Frankenstein" (1994) wg prozy Mary Shelley, w reżyserii sir Kennetha Branagha, gdzie pierwszy z nich wcieli się w postać Potwora, a drugi w rolę kapitana Waldena.

Felipe (Aidan Quinn) z lewej i Rodrigo (Robert De Niro) z prawej
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/10/37/1037/420658.1.jpg)

Zdjęcia Chrisa Mengesa, za które otrzymał w pełni zasłużonego Oscara (R), zapamiętuje się! Amazonia, wioska Indian, zbliżenia na twarze, czy same sceny walki. Widać tu pełny kunszt, a nie samo rzemiosło.

Teraz czas na najpiękniejszą część, czyli muzykę samego Ennio Morricone. Oglądając "Misję" pierwszy raz w życiu, miałem wrażenie, że przeniosłem się do Nieba. Ojciec Gabriel grający na flecie - http://www.youtube.com/watch?v=Ixby9BzJfEo, czy " On Earth as it is in Heaven" - http://www.youtube.com/watch?v=3V8aZLTpKXo, pogłębiają odbiór! Tych utworów się słucha, mając niemal łzy w oczach! Tu powinien był być Oscar (R), ale przypadł Herbie Hancockowi za "Około północy". Jedynie BAFTA (R) i Złoty Glob (R) trafiły do mistrza Morricone. Uważam to za jedną z wpadek Akademii ...
Jako ciekawostkę podam, iż Ennio Morricone dyrygował orkiestrą, grającą m.in. utwory z "Misji" na krakowskim rynku, pod Sukiennicami, w 2007 r., na 750-lecie lokacji miasta Krakowa. Nawiązanie do powstania z 1846 r., okazało się jak najbardziej na miejscu.

Do Oscara (R) za zdjęcia, Złotych Globów (R), BAFTA (R), dopisać należy Złotą Palmę w Cannes (R) dla najlepszego filmu. Tu w pełni zgadzam się z jury na Lazurowym Wybrzeżu. Gwoli formalności, Oscara (R) za najlepszy obraz dostał "Pluton" Olivera Stone - jego jedyny porządny film, tzn. bez teorii spiskowych.

Podsumowując, genialny scenariusz, świetne aktorstwo, doskonałe zdjęcia, piękne przesłanie i wybinta muzyka Ennio Morricone powinny zachęcić do obejrzenia "Misji" Rolanda Joffe. Można nie być religijną osobą, ale piękno tegoż obrazu doceni każdy człowiek z wrażliwością artystyczną. A potem na sercu zrobi się tak jakoś przyjemniej, gdyż okaże się, iż nasze działania mają sens.

Moja ocena: 10/10. 


*http://kultura.wiara.pl/doc/451972.Niektore-wazne-filmy-czyli-tzw-lista-watykanska

(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/10/37/1037/7166315.3.jpg?l=1348371698000) 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

"Transmorphers"

Wspominałem przy okazji "Showgirls", że nie jest to najgorszy film jaki widziałem. Korzystając z okazji, opiszę bodajże najgorszy obraz, który udało mi się wymęczyć w życiu, mimo, iż trwał "tylko" 90 min.

"Transmorphers", bo tak nazywa się to "dzieło". Wyreżyserował je niejaki Leigh Scott, etatowy "twórca" niesławnej The Asylum (pseudo-)wytwórni filmowej, która podrabia hollywoodzkie hity, tworząc własne (s-)hity z beznadziejnie słabym scenariuszem oraz pseudo-efektami specjalnymi. Do tego wszystkiego, drewniane aktorstwo ... niestety nie gratis. Już w 2008 r. 20th Century Fox chciała pozwać Asylum za podrobienie ichniejszego hitu. Generalnie, powstające potworki są żałosnymi kopiami blockbusterów, wydawanymi na DVD lub zgodnie ze słowami znajomych Hindusów, wyświetlanymi w indyjskich kinach, których nie stać na zakup oryginałów z Hollywood. W Polsce kilka "dzieł" wydała IDG, a często nadaje je TV Puls ...

Tyle o "twórcach". Oto, prosta jak drut historia. Ludzie ukrywają się w podziemiach, bo Ziemię opanowały roboty z kosmosu, jakieś 400 lat wcześniej (udana misja "złych maszyn" z "Transformers" - tak można rzec). Ale mądre "tostery" chcą dorwać się do ludzi (prawie jak "Matrixa" oba sequele). Jedynie pewien oddział, z szalonym naukowcem i botami, jak się okazuje dwoma może powstrzymać inwazję. Jednego z "androidów" gra tam Matthew Wolf, Brytyjczyk, który grał trzecio- czy czwartoplanowe role w "Piratach z Karaibów: Na krańcu świata" (jakiś żołnierz), "Dziewczynie z tatuażem" ('Made in USA') jako technik, "Johnie Rambo", jako reporter BBC, niewymieniony w napisach końcowych... Coś w CV jednak ma.

Generalnie, szkoda czasu na opis. Aktorstwo drewniane, choć nie są to amatorzy. Tym gorzej dla nich. Scenariusz - dno.... delikatnie mówiąc. Efekty specjalne - nie wiem czy nie jestem w stanie zrobić lepszych w darmowych programach graficznych. Słabość. Zakończenie - happy end, choć ktoś tam ginie, dla dramatyzmu. Szczerze, odradzam oglądanie tego "czegoś".

Moja ocena: 1/10. 


 P.S. Ten pseudo-film trafił do mojego domu jako prezent dla mego brata. Jego kolega przeszukał stragany z filmami za 5 zł (1 funt) i w formie żartu wręczył. Inaczej, nie wziąłbym tego nawet do ręki.

(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/62/62/416262/7162063.3.jpg?l=1185190085000)


niedziela, 25 sierpnia 2013

"Showgirls"

Świeżo po seansie, mogę się podzielić wrażeniami z filmu "Showgirls" (1995), w reżyserii Paula Verhoevena. Będzie nieprzyjemnie, gdyż wymęczyłem się przez te 2 h 7 min...

Młoda Nomi Malone (Elizabeth Berkley) jedzie do Las Vegas, żeby zostać tancerką. Po drodze oszukuje ją mężczyzna, który zgodził się podwieźć główną bohaterkę. Wściekła Nomi trafia na Molly (Gina Ravera), która zabiera ją do siebie i żyją razem. Molly pracuje w hotelu "Stardust", gdzie pełni rolę charakteryzatorki i kostiumograf. Nomi tańczy topless u Ala (Robert Davi). Z czasem dostaje angaż w "Stardust", gdzie romansuje z dyrektorem artystycznym - Zackiem (Kyle MacLachlan) oraz rywalizuje o główną rolę w przedstawieniu z Cristal (Gina Gershon). Spychając rywalkę ze schodów dostaje jej "fuchę", ale to nie koniec filmu... pojawia się tam Andrew Carver (William Shockley), który gwałci Molly, a Zack nie pozwala nic z tym zrobić. Carver ma zostać gwiazdą w "Stardust". Nomi bierze sprawy w swoje ręce....
Elizabeth Berkley jako Nomi
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/95/08/9508/305534.1.jpg)

Tyle o (pseudo-)treści... "Od zera do milionera, a od milionera znów do zera" - tak w skrócie można określić ten film. Naiwny scenariusz, który wyraża się w pokazaniu ciemnej strony biznesu w Las Vegas... A kto założył to miasto?? Gangsterzy za brudne pieniądze... Tak więc, inaczej być nie może.Wyszła pseudobajka o Kopciuszku. Joe Eszterhas, pochodzący z Węgier filmowiec, gdy popełnił ten "scenariusz", aż dziw bierze, iż jego wcześniejszy film (razem z Verhoevenem), czyli "Nagi instynkt" wyszedł spod tej samej ręki. Swoją drogą, zasłużona Złota Malina (R).

Aktorzy - Elizabeth Berkley, choć debiut, to drewniany. Gdzieś tam pograła, ale moim zdaniem powinna iść do domu ze swoją "grą". Nawet golizna nie zainteresowała nikogo (jeśli Cristal grała Gina Gershon - gwiazda porno). Zasłużone dwie Złote Maliny (R).

Kyle MacLachlan, znany z "Twin Peaks", odcinał kupony od swojej sławy. Serial Davida Lyncha go wypromował, a tu wypadł blado... Zasłużona nominacja za najgorszego aktora.

Kyle MacLachlan jako Zack
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/95/08/9508/305536.1.jpg)

Robert Davi (wcześniej jeden z agentów FBI w "Szklanej pułapce"), William Shockley (Hank z "Dr Quinn", a także bandzior ranny w genitalia w "Robocopie") pojawili się i jakoś nie zepsuli odbioru "filmu" swoimi "rolami".

Gina Gershon jako Cristal
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/95/08/9508/305535.1.jpg) 

Zdjęcia Josta Vacano ("Das Boot", "Pamięc absolutna") nie powalają. Choć włożył w nie ciężką pracę, to określiłbym je dobre rzemiosło. Efekt w basenie w czasie seksu Nomi i Zacka nie wyszedł (coś jakby pływająca kamera).

Muzyka skomponowana przez Davida A. Stewarta (byłego męża Annie Lennox i współtwórcy "Eurythmics") rozczarowuje. Złota Malina (R) za piosenkę tytułową.

Wreszcie sam reżyser, czyli Paul Verhoeven. Holender, znany z "Żołnierza orańskiego" (nid. "Soldaat van Oranje") z Rutgerem Hauerem w roli głównej, zasłynął "Robocopem" z Peterem Wellerem (1987) oraz, chronologicznie, "Pamięcią absolutną" (ang. "Total Recall"), z Arnoldem Schwarzeneggerem i Sharon Stone (1990), czy wspomianym już "Nagim instynktem" (ang. "Basic Instinct"), z Michaelem Douglasem i Sharon Stone (1992). Od tego ostatniego filmu poszedł z formą w dół... ale w 2006 r. przypomniał o sobie bardzo ciekawą "Czarną księgą" (nid. "Zwartboek") z Carice van Houten (obecnie Lady Melisandre z "Gry o tron"). Panie Verhoeven, wstyd! Jednak mam do niego szacunek, gdyż był pierwszym filmowcem, który osobiśce odebrał Złotą Malinę (R), ponieważ sam uznał "Showgirls" za dno.

Podsumowując, drewniane aktorstwo, słaby scenariusz, taka sobie forma, ni to film, ni pornografia. Szkoda dwóch godzin na jego oglądanie. Jednak, nie jest to najgorszy obraz, który widziałem.

Moja ocena: 2.5/10!


(źródło: http://1.fwcdn.pl/po/95/08/9508/7295633.3.jpg?l=1256351058000)