piątek, 10 maja 2013

"Skyfall"

Dziś, będzie słów kilka o filmie "Skyfall", w reżyserii Sama Mendesa. Zostajemy w klimatach brytyjskich, jak widać poniżej.





Daniel Craig jako James Bond na tle Londynu
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/12/44/451244/340598.1.jpg)

"Skyfall", 23ci film o przygodach agenta 007, Jamesa Bonda. Po raz trzeci, rolę główną zagrał Anglik, Daniel Craig. Trzeci raz, był to Bond, nakręcony na poważnie, który mniej łączył się treściowo z "Casino Royale" i "Quantum of Solace", ale jednak pasował do ogólnej koncepcji.




Javier Bardem jako Raoul Silva
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/12/44/451244/340607_3.1.jpg)

Film, zaczyna się od mocnego uderzenia - pościg w Stambule, Bond zostaje ranny i znika na jakiś czas. Wraca, gdy Raoul Silva (Javier Bardem), były agent MI6 uderza w Londynie. Wywiad nie radzi sobie, stąd M (baronessa Judi Dench), naciskana przez zwierzchników, ma podać się do dymisji. A zastąpić ją ma nowy M, czyli Ralph Fiennes. W tych okolicznościach, Bond wraca, aczkolwiek okazuje się pozornie za stary na bycie agentem. Jak w każdym filmie z serii, tutaj też będą podróże - Turcja, Wielka Brytania, Szanghaj, A Silva, chce dopaść M, nawet na kresach Szkocji. Czy Bond da radę, mając wsparcie nowego Q (Ben Whishaw)?

Naomie Harris jako Eve Moneypenny
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/12/44/451244/420004.1.jpg) 

W filmie, widać powrót do korzeni - Q, męska wersja M, czy Eve Moneypenny (Naomie Harris), czarnoskóra, ze względu na poprawność polityczną. Bond, przez pewien czas jeździ nawet starym astonem martinem, modelem, który pojawiał się od "Dr No" (1962). Jedyna różnica, to napój Bonda, już nie martini, ale piwo - Heineken.


Ben Whishaw jako Q
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/12/44/451244/335024.1.jpg) 

O aktorstwie, mogę powiedzieć tyle - Daniel Craig, przewodzi całej obsadzie. Film, opiera się na jego kreacji, nawet Javier Bardem, nie zachwyca, ale trzeba przyznać, że odgrywa rolę czarnego charakteru, dobrze. Bardem, nie przeraża, jak robił to w "To nie jest kraj dla starych ludzi" (2007), choć jego postać mogłaby to robić - zwłaszcza scena z protezą.




Baronessa Judi Dench jako M
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/12/44/451244/324278_1.1.jpg)

Był to pierwszy film o Bondzie, którego zarobki przekroczyły 1 mld USD, niemal o 200 mln. I najbardziej nagradzany obraz o 007 - nagrody BAFTA, Złoty Glob, z dwoma Oscarami na czele - za montaż efektów dźwiękowych i piosenkę "Skyfall", w wykonaniu Adele.
Baronessa Judi Dench, pokazuje, że mimo 78 lat, też potrafi zabić wrogów, nawet mówiąc
z szekspirowskim zacięciem, a Ralph Fiennes, kojarzony przez wielu ludzi, jako lord Voldemort z "Harry'ego Pottera" (choć mi zapadł w pamięć jako Amon Goeth z "Listy Schindlera' albo Justin Quayle z "Wiernego ogrodnika), idealnie pasuje na nowego M - angielski dżentelmen, z autorytetem.





Ralph Fiennes jako nowy M
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/12/44/451244/420009.1.jpg)

Nowy Q, Ben Whishaw, czyli gwiazda "Pachnidła" Toma Tykwera (Das Parfum – Die Geschichte eines Mörders), przypomina mi raczej takiego typowego informatyka, niż mistrza gadżetów, jakim był śp. Desmond Llewelyn. Eve Moneypenny, grana przez Noamie Harris (Tia Dalma z "Piratów z Karaibów"), to z kolei dziwna decyzja. Mam świadomość istnienia poprawności politycznej w Wielkiej Brytanii,ale to przesada już. Również dzieczyna Bonda, Severine (Berenice Marlohe) nie zachwyca. Przyznam, że Francuzka jest piękną kobietą, ale to Eva Green była zdecydowanie lepsza. 




Berenice Marlohe jako Severine
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/12/44/451244/335028.1.jpg)
A Albert Finney, jako Kincade, lokaj rodziny Bondów, mimo dramatyzmu sytuacji rozbawia widza - scena, w której zabija z dwururki najemnika Silvy, mówiąc "Welcome to Scotland!". 

Po aktorstwie, uosobionym przez Daniela Craiga, drugą mocną stroną filmu są zdjęcia. Roger Deakins, wspomniany kiedyś przy okazji "Burzliwego poniedziałku", wykonał pracę doskonałą, Ujęcia z pościgu w Stambule, sceny akcji w londyńskim metrze, a przede wszystkim przedstawiony obraz Szkocji, który zapada na długo w pamięć, to mistrzostwo. Była tylko nominacja do Oscara, choć powinna być statuetka, takie moje zdanie. W kwestii efektów specjalnych i dźwięku, to podsumuję je słowem, dobra robota. Widać, że dobrze wydano te 150 mln USD budżetu. 




Przykładowe ujęcie Szkocji spod ręki Deakinsa- Daniel Craig i kultowy aston martin
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/12/44/451244/324279.1.jpg)

Muzyka Thomasa Newmana, to również esencja dla ucha. Poza znanym motywem Johna Barry'ego w napisach końcowych, kompozycje Newmana, idealnie pasują do poszczególnych scen. Choć przyznam szczerze, że z jego muzyki, wolałem "American Beauty", czy "Drogę do zatracenia". Tutaj też była tylko nominacja, choć z innych nominowanych filmów, ten miał najlepszą ścieżkę dźwiękową. 

Poza Newmanem, wpłynęła na to piosenka Adele, pt. "Skyfall", do której brytyjska piosenkarka, napisała też słowa. Wreszcie, Oscara za piosenkę dostał najlepszy i zapadający w pamięć utwór, a nie żałosne kompozycje, jak to miało miejsce wiele razy. 

A na sam koniec, reżyseria Sama Mendesa. Otóż, Brytyjczyk, pracujący w Hollywood, nakręcił Bonda w swoim stylu. Co prawda, nie jest to "American Beauty", czy "Droga do zatracenia", w której de facto grał Daniel Craig, stąd obaj panowie się już znali. Duży nacisk, postawił na aktorstwo, które mimo niedociągnięć, stanowi mocną stronę "Skyfalla". Wykonanie, też jest bardzo dobre, z punktu widzenia technicznego. Mendes pokazał, że potrafi kręcić superprodukcje, gdyż wielu reżyserów, nie potrafi zapanować nad wielkim planem filmowym, tak innym od ich "codziennych" produkcji. Biorę pod uwagę, że to tylko film akcji, bez większych ambicji, ale nie oznacza to wcale, że jest beznadziejny. 


Stąd, moja ocena 9.2/10. 





czwartek, 9 maja 2013

"Hot Fuzz. Ostre psy"

Po zmieszaniu z błotem "Nightwatching", teraz zajmę się czymś zupełnie innym. 

Film "Hot Fuzz. Ostre psy", to angielska komedia surrealistyczno-policyjna, której twórcy wg legendy, obejrzeli 100 filmów akcji, w celu zdobycia inspiracji do powstania scenariusza. 


Z reżyserię, odpowiada Edgar Wright, urodzony w 1974 r. w Poole, Dorset. Byłem w Dorset i przyznam, iż jest to bardzo inspirujące hrabstwo. Znajduje się tam miasto Bournemouth, w którym Wright ukończył studia, a wcześniej, przyjeżdżał sam J.R.R. Tolkien na wakacje, gdzie również zmarł. Wg biografii Tolkiena, białe klify Bournemouth, okryte mgłą, zainspirowały go do stworzenia Szarej Przystani Elfów. Rzeczywiście, jest tam coś niezwykłego. 


Wracając do wątku Wrighta, wcześniej nakręcił on "Wysyp żywych trupów" (ang. "Shaun of the Dead") z 2004 r. oraz wsławił się współautorstwem scenariusza do "Przygód Tintina", stworzonych przez duet Steven Spielberg/sir Peter Jackson. 


"Wysyp..." i "Hot Fuz..." stanowią, odpowiednio 1 i 2 część tzw. Trylogii smaków Cornetto 
(ang. "The Three Cornetto Flavours Trilogy"). "Wysyp ... " to Cornetto truskawkowe, czyli czerwone, jak krew, "Hot Fuzz...", to niebieski Cornetto original - nawiązanie do policji (popularne "The Boys in Blue"), a trzecia część, będzie to tegoroczna komedia SF, "The World's End", czyli biały Cornetto o smaku miętowym, z czekoladową posypką. Ponoć barwy te, Wright wziął od trylogii "Trzy kolory" Krzysztofa Kieślowskiego. 
A skąd te lody? Główni bohaterowie, często je zajadają w filmach, podkreślając, który smak wolą. 

"Hot Fuzz ...", opowiada historię super policjanta z Londynu, Nicholasa Angela, który za karę, za zbyt dobre wyniki, skierowany zostaje do miasteczka Sanford, Gloucestershire (fikcyjnego, bo film kręcono w Well, Somerset, gdzie mieszkał Wright). W Sanford, nie ma morderstw od dwudziestu lat, tylko podejrzanie dużo wypadków, a miejscowa policja raczej nie ma nic do roboty. Społeczność jest zgrana, ale jak się okazuje, skrywa mroczną tajemnicę, którą Angel, jako człowiek spoza, odkrywa. 

Tajemnica i całe surrealistyczne rozwiązanie, to wielka niespodzianka, której początek filmu wcale nie zapowiada. Momentów do śmiechu, miałem bardzo dużo, ale nie chcę zdradzić całej treści.

Aktorsko, obraz stoi na bardzo wysokim poziomie. Simon Pegg i Nick Frost, prywatnie przyjaciele (razem zagrali  w "Wysypie...", "Kosmicie Paulu", "Przygodach Tintina" i teraz w "The World's End") przewodzą całej plejadzie gwiazd. W roli komendanta londyńskiej policji, pojawia się Bill Nighy (Davy Jones z "Piratów z Karaibów", a także piosenkarz z "To właśnie miłość"). Poza nim, również Martin Freeman jako zastępca komendanta Metropolitan Police ("Hobbit", "To właśnie miłość"), gdzie przez chwilę lepiej zagrał, niż przez cały "Nightwatching". A poza nimi, Steve Coogan ("Jaja w tropikach"), Timothy Dalton, jako szef lokalnego supermarketu, a także Jim Broadbent (Horacy Slughorn z "Harry'ego Pottera"), w roli komendanta policji w Sanford. W roli miejscowego lekarza, wystąpił Stuart Wilson, znany z ról czarnych charakterów w filmach "Zabójcza broń 3" oraz "Maska Zorro". A jako sepleniący rolnik, pojawił się David Bradley - Argus Filch, woźny z "Harry'ego Pottera", a ostatnio Walder Frey w "Grze o tron".  Gościnnie, pojawili się, niewymienieni w czołówce, Cate Blanchett, jako Janine, była dziewczyna Nicka Angela, oraz sam sir Peter Jackson, jako św. Mikołaj, który rani nożem Angela. A skąd udział Jacksona? Otóż, Jackson, w Londynie reklamował swój film "King Kong", a mając dzień przerwy, zgodził się dołączyć do ekipy Wrighta, dosłownie na kilka godzin. 

Technicznie, film został wykonany wzorcowo. Montaż, efekty wizualne, efekty gore (film nie jest dla dzieci, m.in, z tego powodu), czyli dynamiczne zdjęcia podczas scen akcji. Muzyka Davida Arnolda (kompozytor do filmów "Dzień niepodległości", "Amerykański łowca", "Godzilla", "GoldenEye", czy "Casino Royale"), do swojej muzyki, wkomponował różne sławne utwory brytyjskie. Choć osobiście, podoba mi się motyw muzyczny, w czasie walki na broń białą, a raczej rapier i policyjną pałkę typu tonfa. 

Może drażnić surrealistyczne rozwiązanie, ale to uznaję za plus, ze względu, iż okazało się to wielką niespodzianką. Filmu nie polecam ludziom o słabych nerwach, ze względu na gore, widoczny w czasie "wypadków". Przyznam szczerze, że mieszkając w Wielkiej Brytanii, kilka razy Brytyjczycy, których poznałem, nawiązali do tegoż obrazu, więc jego projekcja, przydała mi się. 

Główny zarzut w Wielkiej Brytanii, zostając przy tym wątku, pojawił się w innej kwestii. Otóż, "Hot Fuz... " zrywa z mitem o idealnej, sielskiej angielskiej prowincji, przez tyle lat kultywowanym w umysłach ludzi, co potwierdza "Listonosz Pat", czy nawet, walijski (nakręcony przez BBC Cymru) "Strażak Sam". Tylko, że ta mityczna prowincja się zmieniła i nie przypomina tej, znanej z książek Agathy Christie. Ktoś musiał z tym zerwać, a odważył się Wright. 

Kończąc już, nie dodając już nic więcej, wystawiam ocenę 9/10.



"Nightwatching"

Dziś, przejdę do opisu filmu "Nightwatching", w koprodukcji brytyjsko-holendersko-polskiej, z roku 2007.
Wyreżyserował go Walijczyk, Peter Greenaway (twórca, m.in. "Osiem i pół kobiety").
W Wielkiej Brytanii dostał małe środki z tamtejszego UK Film Commission, czyli odpowiednika Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (dalej: PISF). Resztę pieniędzy na realizację, otrzymał od PISFu właśnie.

Może teraz trochę o treści. Rembrant van Rijn (w tej roli Martin Freeman), w 1642 r., zaczął malować swój słynny obraz "Nocna straż", przedstawiający najznamienitszych mieszkańców Amsterdamu, służących w tytułowej nocnej straży.
W tym czasie, dochodzi do zabójstwa bogatego mieszczanina, Piersa Hasselburga (Andrzej Seweryn),
w którą członkowie nocnej straży są zamieszani. Rembrant, na swoim obrazie, zamieszcza odwołanie od spisku, ukryte w takim, a nie innym przedstawieniu postaci. Potem zaczynają się nieprzyjemności.

Od strony technicznej, widać, że włożono w ten film dużo pieniędzy. Wg oficjalnych danych, ok. 7,5 mln euro. Ale to tylko wydmuszka. Ładna forma - kostiumy, scenografia, zdjęcia, lokacje - Amsterdam i Wrocław. Najmocniejsza strona,to muzyka Włodka Pawlika, choć przyznam, że 3 motywy na krzyż się powtarzają, jedynie ich intonacja się zmienia.

Aktorsko, jest bardzo słabo. Martin Freeman, obecnie gwiazda "Hobbita", nie wznosi się na swoje wyżyny talentu, który ma. Toby Jones, brytyjski aktor charakterystyczny, grał w "Szpiegu" z Gary'm Oldmanem, czy "Harry'm Potterze", jako skrzat Zgredek,a także "Marzycielu" z Johnny'm Deppem, wypada blado.
Polscy aktorzy natomiast, bardzo mnie zawiedli. Andrzej Seweryn, pojawia się i znika, przez ekran przewija się Agata Buzek, a nawet, popularny wtedy Maciej Zakościelny. Jedynie, Krzysztof Pieczyński, jako Jacob de Roy, na samym końcu, okazuje się najjaśniejszą postacią, ze swoją końcową kwestią.

Co do scenariusza - niepotrzebne dłużyzny, za dużo golizny. Powiem krócej - wielki potencjał na dobry scenariusz został zmarnowany, beznadziejną narracją. Te 2,5 godziny, można byłoby skrócić do 1,5 godz.
i to byłoby i tak za długo.

Moja ocena końcowa: 5/10.



środa, 8 maja 2013

"Vicky Cristina Barcelona"

Dziś, będzie o filmie, nakręconym w bliskiej mojemu sercu Hiszpanii.

Ale też nie do końca Hiszpanii, ponieważ Barcelona, gdzie dzieje się akcja tegoż obrazu, akcentuje swoją odrębność. O tym będzie później. Teraz przejdę do okoliczności odbioru dzieła.

W 2009 r., dostałem zaproszenie do Hiszpanii, a dokładniej Madrytu, żeby spędzić tam moje urodziny.
Kolega (na potrzeby recenzji, po prostu O.), który tam pracował, był mi wdzięczny za pewien drobiazg.

Wiedząc już, że się tam udam, wziąłem innego kolegę - G., u którego to obejrzałem "VCB", w ramach "budowania nastroju". Okazało się zbędne, gdyż sam miałem świętowanie urodzin, rodem z Almodovara.

Przejdźmy jednakże do rzeczy. Hasło reklamujące "VCB" w Polsce, "Woody Allen w świecie Almodovara", osobiście uznaję, za bardzo nietrafione. Woody Allen, nakręcił film w kraju Almodovara i z aktorami, grającymi u Hiszpana. Ale nie wszedł w jego świat.
Nie było tam nic ze zwariowanej Hiszpanii, jaką sam zobaczyłem, w kilku sytuacjach.
Penelope Cruz i Javier Bardem, zagrali jak w Hollywood, bez pasji, znanej w kinie z Płw. Iberyjskiego.

Przede wszystkim, Allen, kręcąc film w Barcelonie, powinien był nawiązać do katalońskiego regionalizmu,
a nie tylko wciąż o seksie. Seks jest dobry, fajny, ale w wydaniu hiszpańskim, włoskim, a nie amerykańskim, próbującym podszywać się pod ten styl.
Wątek Katalonii, opiera się na FC Barcelonie i jej socios, a nie na pokazaniu katedry Gaudiego. Na języku katalońskim, a nie seksie. I tego mi zabrakło. Stąd też pierwszy minus.

Jeśli chodzi o aktorów - Penelope Cruz i Javier Bardem, mimo bycia rodowitymi Hiszpanami, grali jakby to Amerykanie wcielali się w Hiszpanów. To też przemawia to na niekorzyść filmu.

Scarlett Johansson (filmowa Cristina), świetnie zagrała w "Między słowami", potem nijako w "Prestiżu", a tutaj, prezentuje się równie neutralnie. Rebecca Hall, jako Vicky, również mnie nie powala. Amerykanki przyjeżdżające pierwszy raz do Hiszpanii, powinny być bardziej zdziwione wszystkim wokół, a nie zachowywać się, jakby było to normalne.

Od strony technicznej, nie mam nic do zarzucenia temu filmowi. Jedynie treść i aktorstwo na minus.
Mam też świadomość, że to styl Woody'ego Allena, który w USA idealnie pasuje, ale to Europa, który różni się od "US and A".

Moja ocena, 7/10.





niedziela, 5 maja 2013

"Burzliwy poniedziałek"

Na wieczór, akurat dobra będzie recenzja filmu Mike'a Figgisa "Burzliwy poniedziałek" (ang. "Stormy Monday"). 

Widziałem go w zeszłym roku, ale z racji prowadzenia bloga, mogę przytoczyć moje o nim zdanie. 

Mike Figgis, młody w 1988 r., reżyser, zadebiutował ciekawym thrillerem, czyli "Burzliwym poniedziałkiem" właśnie. Potem, został rozchwytywanym twórcą i nakręcił, np. "Zostawić Las Vegas" (nominacja do Oscara), z Nicholasem Cage'm (jedyny Oscar w karierze) oraz współreżyserował słynną "Rodzinę Soprano". 

Zanim jednak wyjechał do USA, kręcił w Wielkiej Brytanii. Sam pochodzi z Cumbrii (północno-zachodnia Anglia), natomiast "Burzliwy poniedziałek" dzieje się w Newcastle-upon-Tyne (tzn. po drugiej stronie mapy).

Dawne, przemysłowe miasto, podupadło, ze względu na reformy Margaret Thatcher (co potem pojawia się w innych filmach, np. "The Full Monty", przetłumaczonym na polski jako "Goło i Wesoło"). 

Finney (w tej roli Sting), ma w Newcastle klub jazzowy. Obiekt ten, leży na terenie, na którym chce zainwestować demoniczny amerykański biznesmen - Cosmo (Tommy Lee Jones). Finney, nie chce się na to zgodzić. Zaprasza nawet polski zespół - Cracow Jazz Band na występy, ażeby pokazać, iż klub przynosi zyski. Finney, zatrudnia też nowego kelnera Brendana - w tej roli, 29-letni Sean Bean. Z kolei Brendan, zakochuje się ze wzajemnością w pracownicy Cosmo - Kate (Melanie Griffith), która odkrywa kim jest jej pracodawca w rzeczywistości. 

To może tyle z treści. 

Najmocniejszą stroną jest aktorstwo. Tommy Lee Jones, wiedzie tutaj prym jako czarny charakter. 
Sean Bean,  w pierwszej poważnej roli, pokazuje już talent, jednocześnie pokazując się szerszej publiczności. Warto zobaczyć, jak aktor ten wyglądał, nim stał się Boromirem dekadę temu, a Eddardem Starkiem, ostatnimi laty. Przyznam szczerze, że widziałem kilkanaście produkcji z Seanem Beanem, ale najbardziej zapadła mi w pamięć "Drużyna Pierścienia". Przyznam jedno - nie gra ról jednowymiarowych papierowych. W "Burzliwym poniedziałku", nawet mówi pojedyncze słowa po polsku. 
Melanie Griffith, mnie nie zachwyciła, podobnie jak Sting. W roli jednego z opryszków, grożących Finney'owi wystąpił James Cosmo, znany szkocki aktor, który w swoim dorobku ma filmy takie jak "Bitwa o Anglię" (1969), "Nieśmiertelny" (1986), "Braveheart" (1995), "Trainspotting" (1996) oraz "Troja" (2004). Ostatnio, grał Jeora Mormonta w "Grze o tron", czyli dowódcę Nocnej straży. 

Po drugie, zdjęcia  Rogera Deakinsa (współpracownika braci Coen). Newcastle, podupadłe pod koniec lat 80-tych, ma taką niebiesko-metaliczną poświatę, idealnie oddającą klimat filmu, tzn. mrok z podejrzliwością.
Jedynym światłem są... Polacy z Krakowa. Słynna scena, w której nudzą się przed odprawą paszportową, grając muzykę na terminalu. Albo moment, w którym Brendan (S. Bean) i Kate (M. Griffith) idą na spotkanie miejscowej Polonii. Polacy grali Polaków, a do tego zostali przedstawieni w bardzo pozytywnym świetle, dosłownie. 

Cóż można dodać. Moja ocena 8.5/10


źródło: http://1.fwcdn.pl/po/19/22/31922/7366603.3.jpg?l=1301452836000

"Nostalgia anioła"

Drugi film, który obejrzałem, to "Nostalgia anioła" (ang. "Lovely Bones") z 2009 r. Będzie o nim krócej, niż o "Róży".
Saoirse Ronan jako Susie
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/02/09/200209/165290.1.jpg)

Tym razem, sir Peter Jackson (dostał tytuł szlachecki z rąk Elżbiety II za "Władcę Pierścieni"), postanowił wziąć się za adaptację książki Alice Sebold, pt. "Nostalgia anioła".

Mark Wahlberg jako Jack
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/02/09/200209/169637.1.jpg)

Film opowiada o życiu małżeństwa Jacka (Mark Wahlberg) i Abigail (Rachel Weisz) z Pensylwanii oraz trójki ich dzieci - Susie (Saoirse Ronan) oraz jej młodszej siostry i brata.

Rachel Weisz jako Abigail
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/02/09/200209/165285.1.jpg)

Susie, pada ofiarą pedofila i mordercy, George'a Harvey'a (nominowany za tę rolę Stanley Tucci), widząc z Nieba, jak jej zabójca ukrywa ślady i unika odpowiedzialności karnej. Susie, widzi także dramat swojej rodziny, która omal się nie rozpada. Sytuację łagodzi babcia - w tej roli Susan Sarandon.

Film jest dosyć pesymistyczny, choć Harvey nie unika kary. Tyle mogę zdradzić. Gdyby nie elementy fantasy - Niebo, duchowa łączność z koleżanką Clarissą, z którą Susie na kilka minut się wymienia miejscem pobytu, byłby to idealny dramat psychologiczny, pokazujący, jak rodzina zgwałconej i zabitej osoby, radzi sobie z tym. Jak czas, leczy rany, bo niestety, trzeba po jakimś czasie przejść do codziennego porządku.

Stanley Tucci jako Harvey
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/02/09/200209/169628.1.jpg)

Od strony technicznej - ekipa od "Władcy Pierścieni", w większości, znów zdaje egzamin. Efekty specjalne firmy Weta Workshop, stoją na wysokim poziomie. Zdjęcia Andrew Lesnie'go (Oscar (R) za "Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia"), to czysty profesjonalizm. A jeśli chodzi, o scenografię, to przedmieścia Wellington (stolicy Nowej Zelandii), idealnie odgrywają rolę miasteczka w Pensylwanii. Z tego, co mówił mi kiedyś Nowozelandczyk, u nich wygląda to podobnie, jak w USA, przywołując tenże przykład.

Susan Sarandon jako babcia Susie
(źródło: http://1.fwcdn.pl/ph/02/09/200209/169640_1.1.jpg)

Jednak, w przeciwieństwie do wielu filmów Jacksona, tu postawiono na aktorstwo. "Władcy Pierścieni' mogę zarzucić, z perspektywy czasu, iż Elijah Wood, w porównaniu do Martina Freeman z "Hobbita" nie był  lokomotywą całej "Drużyny" aktorskiej. Adrian Brody i Naomi Watts w "King Kongu", mimo swoich talentów, byli tłem dla Małpy. W "Martwicy mózgu", chodziło o efekty gore. Tak naprawdę, jedynym dojrzałym aktorsko obrazem, były "Niebiańskie istoty" z 1994 r., choć tam też efekty specjalne odegrały swoją rolę. Młodziutkie Kate Winslet i Melanie Lynskey (Rose z "Dwóch i pół"), rzeczywiście ciągnęły cały film. W przypadku "Nostalgii anioła", Saoirse Ronan, wzniosła się na wyżyny, choć nominację do Oscara (R) dostała za wcześniejszą "Pokutę" z Jamesem McAvoy'em i Keirą Knightley, których przyćmiła, mając 16 lat. Nostalgia..., pokazuje, że z Ronan będzie wielka aktorka.

Podsumowując, nie wszędzie fantasy pasuje. Ocena końcowa - 7.5/10




"Róża"

Z góry chciałbym przeprosić, że kazałem tak długo czekać na recenzję filmu "Róża" z 2011 r., w reżyserii Wojtka Smarzowskiego, ale miałem inne zajęcia. Stąd też, wrzucałem, istniejące już opisy, innych obrazów.

Przejdźmy, jednak do rzeczy.

Wojtek Smarzowski (reżyser "Wesela", "Domu złego" i ostatnio "Drogówki"), nakręcił film o życiu na terenie Mazur, które w 1945 r., znalazły się w granicach Polski. Razem, ze Śląskiem, Warmią, Pomorzem i Lubuszczyzną, zyskały miano tzw. Ziem Odzyskanych.

Uważam, iż tło historyczne jest bardzo ważne, do zrozumienia treści. Mazurzy, choć etnicznie będący bliscy Polakom, ponieważ ich przodkowie, wywodzący się z Mazowsza, osiedlali się na tamtych terenach już od XIV w., to byli traktowani przez nowe polskie władze jak Niemcy.
Mazurzy, wraz z sekularyzacją Prus, na mocy Hołdu Pruskiego (1525), przyjęli luteranizm. Paradoksalnie, dzięki temu posunięciu, zachowali swoją gwarę, wywodzącą się z języka polskiego, gdyż nabożeństwa przeprowadzano w językach narodowych, a nie po łacinie. Oczywiście, znali niemiecki, przecież byli obywatelami Prus, a potem Niemiec.

Przez wieki, Mazurzy deklarowali się jako "miejscowi". W XIX w., Wojciech Kętrzyński, działał na rzecz repolonizacji tych terenów, wierząc, że staną się one częścią odrodzonego państwa polskiego. Stąd, Kętrzyn, swoją polską nazwę zawdzięcza, Kętrzyńskiemu właśnie. Na przełomie wieków, tworzył też znany poeta - Michał Kajka (który zmarł w 1940 r., w wieku 82 lat). Nawet plebiscyt w 1920 r., pokazał pewne tendencje - kilka gmin, przyłączyło się w jego wyniku do Polski. Propaganda w PRL-u, wykorzystywała ten fakt, przeciwko Mazurom. Ale oddajmy im sprawiedliwość - w lipcu 1920 r., ludzie bali się przyłączyć do Polski, która o mało co nie zniknęła z mapy świata, pod bolszewicką nawałą.

Drugi argument, przeciwko Mazurom, wysuwany przez PRL, to wynik głosowania w wyborach w 1933 r. W Prusach Wschodnich, NSDAP, miała najwyższe poparcie w całych Niemczech. A wynikało to z biedy, gdyż, co oczywiste, przy biedzie, zawsze wygrywają opcje skrajne.

Przyszła wojna. Mazurzy zostali wcieleni do Wehrmachtu i SS, jako rodowici Niemcy. III Rzesza przegrała wojnę, a na mocy postanowień jałtańskich (zima 1945), tereny te zostały włączone do Polski.

Mazurów, traktowano jak Niemców. Nie mieli łatwo. A religia protestancka, jeszcze bardziej powodowała oddalanie się od katolickiej reszty społeczeństwa. Przecież Mazurzy, byli to w zasadzie Polacy, którzy przez wieki, oparli się całkowitej germanizacji.

I tu zaczyna się treść filmu "Róża". Tadeusz (w tej roli Marcin Dorociński), były żołnierz AK, trafia w 1945 r. na Mazury, gdzie poznaje Różę Kwiatkowską (Agata Kulesza), Mazurkę, której mąż Johann, zginął na wschodnim froncie.

W filmie pokazano wrogość władzy ludowej do Mazurów - scena, w której stary Mazur (Marian Dziędziel), dostaje cios za prośbę o pomoc u urzędnika. Czy późniejsze rozmowy o procesie weryfikacji przez UB.
Także, pokazano, jak Armia Czerwona, zachowywała się w stosunku, do tamtej ludności.

Tadeusz i Róża, próbują ułożyć sobie życie, ale jest to ciężkie. Mieszka też z nimi Jadwiga, córka Róży i Johanna.

Generalnie, nie jest to przyjemny film. Z jednej strony, Mazurzy cierpią za swoją "niemieckość", z drugiej strony, odsuwają się od Róży, za jej zbytnią polskość. Także czerwonoarmiści i ubecy są aktywni.
Na końcu filmu, widać exodus Mazurów do Niemiec. Jeśli nie zdążyli wyjechać w 1945 r., to dopiero mogli po 1970, na mocy tzw. umowy Gierek-Brandt. Otóż, RFN, uznawał Ślązaków, Mazurów, Warmiaków i Pomorzan za swoich obywateli, a dopiero Edward Gierek, okazał się dobrym partnerem dla kanclerza RFN, Willy'ego Brandta, do podpisania takowej umowy. Co prawda, za Gomułki było lepiej Mazurom, niż w 1945 r., ale wciąż byli szykanowani. Druga sprawa, że w RFN mieli jakąś przyszłość. Choć z trudem opuszczali swoje ziemie, jadąc w nieznane sobie zakątki Niemiec Zachodnich.
Aczkolwiek, niewielka liczba Mazurów została w Polsce,

Nie zamierzam zdradzać całej treści, gdyż zepsuję odbiór niniejszego filmu. Teraz przejdę do strony technicznej.

Zdjęcia Piotra Sobocińskiego Jr. (syna zmarłego 2001 r. Piotra Sobocińskiego, nominowanego do Oscara (R) za "Czerwony" K. Kieślowskiego,a także wnuka Witolda Sobocińskiego, operatora do filmów "Piraci" i "Frantic" Romana Polańskiego) pokazują, że nasza kinematografia nie ma się czego wstydzić. Ujęcie nieba podczas letniego deszczu, mazurskie krajobrazy, czy idący przez zamarznięte jezioro kondukt pogrzebowy, na długo zapadają w pamięć.

Muzyka Mikołaja Trzaski, saksofonisty i kompozytora, idealnie ilustruje doskonałe zdjęcia Sobocińskiego Jr.

Jednak, siłą filmu jest aktorstwo. Agata Kulesza, Marcin Dorociński, odstają od reszty aktorów. Ale, to na nich film się przecież opiera. W roli niemieckiego pastora pojawił się postarzony Edward Linde-Lubaszenko. W pozostałych rolach drugoplanowych, widzimy Kingę Preis (żona Władka, sąsiada Róży i Tadeusza), a także wspomniany Marian Dziędziel, Szymon Bobrowski - Kazik, dawny żołnierz Gwardii Ludowej, potem UBek oraz Eryk Lubos jako czerwonoarmista.

Film polecam do obejrzenia, choć zastrzegam,iż bez wstępu historycznego, jak w moim przypadku, nic się nie zrozumie. Nie jest to też łatwy w odbiorze obraz, ponieważ zmusza do głębszej refleksji, nawet dziś. Zwłaszcza, gdy politycy mówią coś o "ukrytych opcjach niemieckich", rodem z Gomułki.

Podsumowując, moja ocena to 9.5/10